— Kto ma mnie znowu brać na języki? Kto jest panną na wydaniu? — wzrasta moje zdumienie.

— Ty... ty jesteś panną na wydaniu.

— Ja?

— Ty!

Spoglądam po sobie, i lodowy pot występuje mi na czoło. Widzę, że jestem ubrany w suknię do ziemi. Chcę odetchnąć: gorset mnie gniecie. Chcę ręką dotknąć czoła: palce plączą mi się w grzywce. Kie licho?

— Ja nie chcę być panną na wydaniu — wołam, bliski płaczu.

— Stało się — mówi mateczka.

— Ależ, moja mamo, mama przecież rozumie, że to nie ma najmniejszego sensu.

— Dziecko moje, ja sama wolałabym, żeby było inaczej.

— Ależ ja się na to żadną miarą nie mogę zgodzić.