Mateczka wykonała ręką jakiś niezdecydowany gest poddania się, czy rezygnacji — i rzekła:

— Obowiązki kobiety są wzniosłe i szczytne.

— Ależ to bardzo wszystko piękne, tylko że mnie to nic a nic nie obchodzi.

— Przyzwyczaisz się, najdroższe dziecko moje, i wiem, że mi wstydu nie zrobisz i do grobu mnie nie wpędzisz swoim postępowaniem. A teraz pozwalam ci wyjść na pół godziny, dopóki się nie ściemni. Marianno! idź z panienką na spacer.

Marianna zarzuciła na siebie chustkę i z głębokim wirem sprzecznych myśli wyszedłem na schody.

Na półpiętrze schwyciłem Mariannę w pół i pocałowałem w buzię.

— Co panienka wyrabia? — dziwi się Marianna.

A ja opuściłem wualkę na oczy, bo nie chciałem, żeby widziała, że płaczę: „więc to prawda? więc ja... ja... ja... ja... jestem naprawdę panną na wydaniu”.

Przecież to straszne! to potworne! to zbrodnia!

Wychodzimy na ulicę.