Uważacie...

I Metagłupin sprowadza: wysortowanych tenorów, zleżałych kapelmistrzów, używane klisze do pism obrazkowych, wyszłe z mody hasła dobroczynne, wyblakłe towary łokciowe z wystaw magazynów paryskich, i płaci hojnie, po pańsku, jak na Metagłupin przystało, i cieszy się, i pieści, i klepie po brzuchu, i oblizuje, patrząc na plombę z dziurką i szepcze w upojeniu: „zagraniczne, prawdziwe zagraniczne”, i nawet na guzikach i pantoflach własnego wyrobu kładzie napis magiczny: „Paris” lub „Parie”52...

Metagłupin chce, on szczerze chce, tylko biedactwo nie wie i nie umie, albo jeszcze gorzej nawet: źle wie i zdaje mu się, że umie.

I proszę was, ot co się dzieje.

Metagłupin wie, że każde miasto wielkie musi mieć wielkich ludzi. Cóż robi Metagłupin? A no, robi tak: zaczyna szukać. Szuka, szuka, szuka, szuka nasamprzód wśród hrabiów, potem o pół centymetra społecznego niżej, jeszcze o pół niżej, a wreszcie już ma. Chwyta go za frak i woła:

— Jesteś wielki.

Zdziwiony początkowo łup, albo zdumiony, albo nawet przerażony, w pierwszej chwili wyrywa się, szamocze, prosi, zaklina, kryje. Nic nie pomaga.

— Jesteś wielki i basta. Musisz być wielki i koniec.

I łup często niewinnie wcale staje się wielki, i już mu inaczej nie pozwolą. I on uwierzy i to tak mocno uwierzy, że potem się gniewa i nawet mocno gniewa, gdy mu ktoś powie, że to tylko na żarty, że tak trzeba dla dobra tłumu, że z nimi on może być szczery, że nie powinien zbyt serio traktować swojej wielkości, że to tylko przecież do czasu.

W ten mniej więcej sposób Metagłupin stworzył sobie wielkich muzyków, finansistów, publicystów, mecenasów sztuki, i w ogóle, higienistów, filantropów, powieściopisarzy i tak bez końca.