Na pryncypalnej tedy ulicy owego miasta było wielu przechodniów. Kim byli owi przechodnie; ile z nich każdy miał rocznego dochodu; ile każdy miał dzieci, grzechów, listów zastawnych, par spodni, przyjaciół, lub krawatów; kto z nich był członkiem kasy pogrzebowej; czy grał w karty, czy w bilard; czy kupował resztki na wyprzedażach, czy też na łokcie „ze sztuki”53; jakie wreszcie były ich poglądy na repertuar zmysłowy teatrów, nietakt Ameryki, odrzucającej wspaniały dar Niemiec, wreszcie — na udział stajni polskich na międzynarodowych wyścigach konnych — o tym wspominać również nie będę, gdyż i w tym nie ma nic dowcipnego.
Przez ową pryncypalną ulicę szedł obdarty chłopiec, liczący jakoby lat dziesięć do dwunastu. Powiadam: „jakoby”, albowiem pozory często nas mylą. Już nieboszczyk Szczepanowski zauważył, że nigdzie nie spotykał tylu siwych młodzieniaszków i pięćdziesięcioletnich dzieciuchów — co u nas; z drugiej zaś strony — spotkać się dają bardzo młodzi staruszkowie, mało jednakże zasługujący na szacunek, a przy tym nie siwi, jak gołębie, bo nie mają włosów.
Szedł tedy ów chłopiec przez ulicę.
Gdyby tylko szedł, nie byłoby w tym nic dowcipnego; ale on się nagle zachwiał i upadł na bruk, kosztujący magistrat owego miasta po czterdzieści ośm54 rubli za sążeń kwadratowy.
Upadł i leży. Leży na bruku, wartującym55 czterdzieści ośm rubli za sążeń kwadratowy — i ani się ruszy. A na domiar nieszczęścia, padając, uderza głową o ścianę domu, na którym samo towarzystwo kredytowe miejskie ma 25 000 rubli, a za nim jest jeszcze siedm56 numerów hipotecznych, z których czwarty i piąty, co prawda, fikcyjne. Sklepy zaś w owym domu płacą po dwa i trzy tysiące rocznego czynszu.
Jakkolwiek nie ma w tym nic dowcipnego, jednakże każdy łacno57 zrozumie, że ów jedenastoletni rzekomo chłopiec musiał się mocno uderzyć w głowę. I w samej rzeczy z rozbitej głowy chłopca poczęła się sączyć krew; taka sama czerwona sobie krew, jaka by się sączyła z głowy każdego maminsynka, Kaziunia, Władeczka, lub Janusia, albo posażnej jedynaczki — gdyby ci wypadkiem, padając na cenny bruk pryncypalnej ulicy, uderzyli głową o ścianę kamienicy, mającej siedm numerów hipotecznych, z których dwa fikcyjne, a prócz tego dług towarzystwa kredytowego miejskiego. W tym nie ma nic dziwnego.
Przechodnie owego miasta — którym nie była Warszawa — otoczyli zwartym kołem leżącego chłopca. A że każdy przeciętny przechodzeń posiada między innymi mózg i język, więc owo licznie zebrane grono ludzi mogło myśleć i mówić, i w rzeczy samej myśleć zaczęło i mówić.
Jeden pan, jakkolwiek miał zawieszoną na guziku paczkę z ciastkami58, jednakże westchnął i rzekł:
— Biedny chłopiec.
Ten pan musiał mieć nie tylko ciastka, mózg i język, ale i serce. Bo nie każdy umiałby się tak od razu odezwać, a w dodatku jeszcze — westchnąć. W podobnych razach człowiek traci zdolność logicznego rozumowania, i tylko serce zupełnie odruchowo mogło podyktować organom mowy jego podobnie wzniosłe, pełne miłości i poświęcenia — wyrazy.