— Dobrze, kotku.

I ziewnąłem po raz trzeci.

— Spać ci się chce? — zapytała żona.

— Cokolwiek.

— Tak, i jutro trzeba wstać wcześnie...

I proszę was, chciałem, i wiedziałem, że powinienem — ale nie wiedziałem, jak zacząć z własną żoną... taką dłuższą, serdeczniejszą przed wyjazdem... rozmowę. I mówiliśmy o pogodzie, skarpetkach, deszczu, listach i kucharce.

Ja nie jestem, Boże uchowaj, jakimś romantykiem, idealistą, poetą, albo nagą duszą — a i mnie było jakoś przykro.

Przed wyjazdem; dwa miesiące; nawet kuriera nie czytałem — i nic.

Wcale nie dowcipny

Zdarzyło się to na pryncypalnej ulicy pewnego wielkiego i ludnego miasta. Miastem tym nie była dobroczynna Warszawa, w czym zresztą nie ma nic dowcipnego.