Bo więzienia tak samo jak szkoły bywają różne. Jedne lepsze, a drugie bardzo surowe.
Więzienie, gdzie osadzono Maciusia, była to stara, zrujnowana forteca, przeznaczona dla największych przestępców. Tylko dwa razy na rok dawano kawę, a tak — tylko wodę i chleb razowy. Spacerów żadnych, tylko ciężkie roboty, najwięcej pod ziemią. Podczas roboty nie wolno było rozmawiać. Za każde słowo dawano jedną rózgę. Dziesięć słów — dziesięć rózeg, sto — sto.
Roboty podziemne były takie, że niby to jest kopalnia węgla. Taki długi podziemny korytarz i trzeba koszami węgiel wynosić. Ale co wynieśli jednym wejściem korytarza, to druga partia musiała zaraz wnosić drugą stroną. Więc więźniowie widzą, że i tak wszystko na nic, i jeszcze nieprzyjemniej pracować. A dozorcy batami poganiają. I nic dziwnego: są tu więźniowie, którzy już po trzy razy siedzieli w zwyczajnych więzieniach i nie chcą się wcale poprawić: co ich wypuszczą, ci znów to samo. Jeżeli ktoś nieporządny, ale chce się poprawić, można poczekać; ale jak się nie chce poprawić, to trudno: sam sobie winien.
Ano, poznał Maciuś najgorszych ludzi, jacy są na świecie. Nic wprawdzie nie wiedział Maciuś, za co tu siedzą, bo rozmawiać nie wolno, ale dość było spojrzeć na ich straszne twarze, żeby się domyśleć. Każdy inny na miejscu Maciusia umarłby ze strachu, ale Maciuś widział tylu ludożerców, że bez obawy schodzi z nimi w podziemia.
Dozorcom płacą tu dwa razy większą pensję niż w innych więzieniach: trudno radzić sobie z awanturnikami, strasznie trzeba pilnować i nieprzyjemnie żyć z nimi razem. A i tak nie bardzo chciał iść tam kto za dozorcę, więc może połowa dozorców byli tacy, którzy z więźniów niby się poprawili. I ci najsurowsi. Znają wszystkie sztuki najgorsze więźniów i nie można nic przed nimi ukryć.
I tu znalazł się nagle Maciuś z kraju zielonych palm i najpiękniejszych ptaków. Tu, gdzie nie ma ani jednego listka, tylko wszędzie czarny pył węglowy. On, który oddychał powietrzem morza i lasów, musi pracować w dusznych podziemiach i spać w norze kamiennej na mokrych cegłach. On, który nie gorzej od Klu-Klu umie chodzić po drzewach, wlecze się krok za krokiem, ciągnąc ciężkie kajdany. A zamiast szelestu liści słyszy świst bata, zamiast śpiewu kanarka słyszy najgorsze przekleństwa. Tam jadł słodkie banany, soczyste owoce, a tu chleb ze stęchłą wodą.
Zbrodniarze zdziwili się bardzo, kiedy go zobaczyli. Aż jeden nie wytrzymał:
— Ilu ludzi zabiłeś, że cię tu wsadzili? — zapytał.
I już chciał Maciuś odpowiedzieć, gdy drugi krzyknął:
— Nie odpowiadaj, mały chłopczyku, bo za każde słowo rózgę dostaniesz!