— Ty się nie wtrącaj. Nie zdechnie od paru rózeg.
Kłócą się i już do bicia się porwali. A dozorca zapisuje na tabliczce, ile słów powiedzieli. A że trudno obliczyć, więc dodał każdemu trochę. I zapisał Maciusia, choć on nic nie mówił.
Nosi Maciuś swój kosz, ale dziwi się, że lekki. A koledzy mu zamiast węgla kładą kawałki lekkiego torfu — i tylko na wierzchu sypią trochę miału.
A tam znów inni odbierają kosz i też, niby że ciężki, niosą i wysypują. A wieczorem jeden z więźniów pcha mu coś czarnego do ręki i mówi szeptem:
— Tylko schowaj dobrze.
— Co to jest? — zapytał się Maciuś.
— Cukier — odpowiedział tajemniczo więzień.
Była to kostka cukru, ale taka brudna, że zupełnie czarna. Maciuś wiedział, że jeść nie będzie, ale schowa jako pamiątkę.
Kiedy wieczorem stał przed kancelarią, bo go wywołano na rózgi — znów jeden więzień wsunął mu coś w rękę: był to zasuszony kwiatek koniczyny. Długo przyglądał się Maciuś, zanim się domyślił, co to za kwiatek. Więźniowie litowali się nad nim i dawali, co kto miał najdroższego. A z kancelarii rozlegały się krzyki tych, których bito.
Wreszcie przyszła kolej na Maciusia.