A tu nagle — już zapomniałeś nawet —- i nagle znalazłeś.

Więc jeden adwokat chciał napisać książkę uczoną o więzieniach na całym świecie. Ilu w jakim państwie jest więźniów, za co ich wsadzono, jak długo siedzą, czy się poprawiają, czy się z nimi dobrze obchodzą, czy nie umierają. A już taki jest zwyczaj, że jak ktoś pisze uczoną książkę, wszyscy mu pomagają. I przez lat dziesięć jeździł ten uczony po wszystkich krajach całego świata — i pozwalali mu przeglądać papiery. I teraz był akurat w stolicy następcy tronu.

Cichy, zakurzony od starych papierów, które całe dnie czytał — taki grzeczny — ciągle się tylko pyta, czy aby nie przeszkadza — za wszystko dziękuje — siedzi sobie i pisze, liczy, przepisuje. Oczy mu się od czytania popsuły — dwie pary okularów ma na nosie — nikogo nie poznaje. Na lokaja94 mówi: „Panie dyrektorze”, dyrektorowi departamentu chce dać na piwo, bo myśli, że to lokaj, pióro95 umoczył w herbacie, którą mu z litości postawili, bo od rana nic nie jadł. Śmieją się z niego i figle mu płatają urzędnicy.

— Głupi. Zdaje mu się, że się czego dowie z papierów. W papierach wszystko jest w porządku.

A uczony nic nie wie — pracuje.

— Przepraszam serdecznie, czy nie przeszkadzam? Bo nie czytałem jeszcze świadectw lekarskich. Ale przepraszam, bo może pan nie ma czasu?

— Nie szkodzi. Ej, woźny, daj tam panu z czternastej szafy dwa pudy96 papierów. Te zakurzone.

— Serdecznie dziękuję. Nie szkodzi, że zakurzone.

Woźny, już trochę znudzony — buch mu przed nosem na stół pożółkłe papierzyska. Ano, kichnął dwa razy.

— Serdecznie panu naczelnikowi obowiązany.