Nie mogę za dużo opowiadać o jednym, więc dużo przepuszczam. Młody następca tronu bronił się jak mógł. Chce pokazywać papiery, ale nikogo nie wpuści do więzienia. Ale nie było rady. Stary król sam dał pozwolenie.

Felczer kręci, więźniowie ni to, ni sio — naczelnik więzienia się plącze. Widać, że sprawa nieczysta.

Wreszcie się wydało. Ale nie wszystko. Świat się dowiedział, że Maciuś nie żyje.

Nie wszystko się wydało. A jeśli dokładniej powiedzieć, nie dla wszystkich wydała się prawda. Każdy troszkę wiedział, a trochę się domyślał.

Więc tak: starego króla bardzo szanowali, nie chcieli mu robić wstydu. Więc niby młody król był wplątany, ale właściwie nie on, a jego generał. Dalej, Maciuś już na bezludnej wyspie był niezdrów, a potem męczył się zanadto w obozie czarnych dzieci i nawet się zaraził jakąś chorobą. Dalej, Maciuś nie umarł w więzieniu, tylko w szpitalu niedaleko więzienia. Więźniowie poplątali Maciusia z synem rzemieślnika, który odnawiał mieszkanie naczelnika więzienia. Był Maciuś w więzieniu, ale tylko jeden dzień.

Ten generał będzie ukarany. Choć i on nie jest winien. Zaszło nieporozumienie. Młody król wysłał depeszę, żeby „usunąć przeszkodę”, a generał źle zrozumiał, że ma niby porwać Maciusia.

Właściwie winien telegrafista, bo nie tam postawił przecinek, gdzie trzeba.

Gazety się kłóciły, a każda inaczej pisała.

Zbrodnia czy nieszczęście — pisze największa na świecie gazeta. Stoimy wobec bolesnej tajemnicy. Z całego serca pragniemy wierzyć, że król Maciuś Reformator zmarł śmiercią naturalną, że nie został zabity. Ten mały król, męczennik, pierwszy król dzieci, waleczny rycerz i opiekun Murzynów, choć wielki, był jednak śmiertelny. Burzliwe życie mogło osłabić jego zdrowie. Zabłysnął jak wielka gwiazda — i zgasł. Ciężka strata, słone łzy, bolesne westchnienie. Ale cios byłby straszny, gdyby istotnie zginął z rąk morderców.

Inna gazeta pisze: