— Myślisz, że nie wiem, że jestem kłótliwy? Chcę być inny, ale nie mogę. Mówię sobie: od poniedziałku będzie inaczej. Więc co ja winien, że mi się nie udaje?

Ten znów lubi zaczepiać:

— Żebym się nie pilnował, to by ze mną nikt nie wytrzymał. Sam nie wiem dlaczego, ale lubię, jak się ktoś złości.

— Teraz to już nic — mówi inny — żebyś wiedział, jakim ja dawniej byłem łobuzem. Pies nie pies, kura, dziad, koń, dziecko — albo kamieniem, albo kijem. Patrz tylko.

I pokazuje na głowie, na rękach, na nogach duże i małe blizny.

— Patrz: tu mnie koń kopnął. Tu siekierą mało palca nie uciąłem. To szkłem od butelki — tak się krew lała. Tu pies mnie pogryzł, jak mu do ogona chciałem przywiązać sanki, żeby woził. Teraz jestem duży, więc wiem, ale przedtem — o rety!

Maciuś radzi i tak, i tak, ale każdemu mówi, żeby się starał, żeby się nie martwił: można się poprawić.

— Najważniejsza jest silna wola. Ale nie od razu można wolę wyrobić, tylko po troszku. Na przykład chcesz dopłynąć do latarni morskiej, od razu nie będziesz mógł, bo się zmęczysz, tylko po troszku. Albo jak jesteś ludożercą.

I opowiadać zaczyna o ludożercach, jakby ich widział i znał.

— Jak ci się zdaje, Marcin, czy król Maciuś naprawdę był u ludożerców, czy tylko tak w gazetach pisali?