Tak jakoś trudno mama powiedziała.
Potem szły już zupełnie cicho; tylko słońce coraz bliżej idzie do gór — z daleka i długi słychać dzwonek osiołka.
Nareszcie. Przyszły. Obce dzieci patrzą na nią. Obcą szkołę pokazała mama (i ten sklep, gdzie nic bez pieniędzy nie dadzą). I mały pokoik.
Tam wszystko już zna, a tu wszystko nowe. Tam wie, jak każde dziecko nazywa się, a tu patrzą na nią i nie wie, co myślą: może się z niej śmieją?
Usiadły do stołu. Nie było krzesła, tylko łóżko i blaszanka do benzyny, na której usiadła mama. Wsypała jej do herbaty dwie łyżeczki cukru, sobie troszeczkę tylko.
— Mam jedno łóżko. Nawet nie ma miejsca na drugie. Będzie ci niewygodnie.
Było niewygodnie, ale nie że ciasno, tylko że ciężkie myśli: tatuś, babcia, dziadzio, ciocie, nawet kot i nawet kuzyn, który popychał ją i bił batem po nogach.
Nie śpi, chociaż ma oczy zamknięte; wie, że mama też nie śpi, chociaż oczy zamknęła. A potem mama rano bardzo wcześnie wstała i zaczęła szyć, i przyjechał wóz, który odwozi mleko, i zabrał ją z powrotem. Nie wie, czy ma się cieszyć, że jedzie? Gdzie jest jej dom? Prawdziwy jej dom?
— Teraz wiesz, jak tu jest — powiedziała mama. — Wiesz już, a ja tak zrobię, jak zechcesz; czy tu będziesz, czy tam.
*