— Tak, tak. Zejdź. Nie można. Pani ma słuszność.
Potem pożegnały się i wyszły z białego domu do bramy w tym lesie. A tatuś oparł się o okno, wychylił się, kłaniał się ręką i zawołał z daleka: „szalom”. A mama nic, tylko prędko wyszły za ogrodzenie. I to był ostatni już raz.
Potem mieszkała u cioci.
Ciocia dobra była, ale ten chłopczyk, ten kuzyn, ciągle chciał, żeby była koniem i żołnierzem, i popychał ją, uderzał batem po nogach i śmiał się, że jest beksa.
— Bawmy się w okręt — prosiła go.
Ale on chce, żeby i na okręcie były konie i bitwy.
Długo były u babci i dziadzia. Ale dziadzio nie opowiada o prorokach:
— Co ci będę głowę zawracał? I tak za dużo myślisz. Główkę męczysz, kochanie.
Wcale nie; są wesołe myśli, które nie męczą. Taka wesoła myśl: że tatuś żyje i czeka w Palestynie, żeby przyjechały.
Bo może nie umarł, może kazał tylko tak powiedzieć pani w białym fartuchu, bo chce zrobić niespodziankę? Kiedy był przed tym zdrów, też robił niespodzianki.