— Słuchaj Stefek, nie mów na pana Walentego: „Walenty”, tylko: pan Walenty.

— Ja mówię: pan Walenty.

Echo przytułku: wykręcanie się.

To była moja wina — teraz mówiąc ze Stefanem zawsze mówię: pan Walenty.

Sprawa ważna, szczególniej w internacie dla sierot. Stróż, pomywaczka, praczka czują żal do dzieci, gdy nazywają po imieniu. Mówiąc z dziećmi, zawsze należy mówić: pan Wojciech, panna Rózia, pani Skorupska.


Potwierdza się, co mówiłem o internacie: choroba w rodzinie zbliża dziecko. Nie darmo i rodzice, i dzieci wspominają chętnie, a przynajmniej dobrze pamiętają — przebyte choroby. W internacie choroba — kłopot zbędny, częstokroć oddala.

Ile miałem kłopotu, aby mu umożliwić w łóżku pisanie. — Musiałem wyjąć z pudła całą zawartość, kałamarz umieściłem w puszce od konserwów52, z której mi Walenty zrobił popielniczkę. Pod pudło trzeba było podłożyć z jednej strony poduszkę, z drugiej książki. Podziękował mi za to uśmiechem. — Na podobny luksus internat nie może sobie pozwolić.

— Wygodnie ci?

— Tak — i uśmiech.