Co najwyżej błąd w wysłowieniu, a nie brak logiki: on pewien jest, że to przyjemne.
Siódmy dzień.
U Czekowa byli goście — karty. Kolacja spóźniona. Walenty był dyżurnym w jadalni. Wychodzę zły koło dwunastej. Wracam do chałupy, zapalam lampę — Stefana nie ma. Kie licho? — Wychodzę, we drzwiach spotykam się ze Stefanem.
— Gdzie byłeś?
— W kuchni. Co raz wychodzę, patrzę przez okno, a pan siedzi. Aż patrzę — pana nie ma. — Tak leciałem, żeby pana dogonić.
— Bałeś się?
— Ta66 czego się miałem bać?
Nie, nie bał się. Czekał, wyglądał, biegł, żeby razem. — Dwa lata nie wdziałem nikogo ze swoich, pół roku temu — list, krótki, pognieciony, przypadkiem przedarł się przez kordon bagnetów, rewizorów, szpiegów. — I oto znów nie jestem sam.
Doznałem uczucia bezgranicznej wdzięczności dla tego dziecka. Nie ma w nim nic wybitnego, nic co by pociągało, przykuwało. Twarz pospolita, postać bez wdzięku, umysł przeciętny, mało wyobraźni, brak czułostkowości zupełny — nic z tego, co zdobi dzieci. Ale przez to niepozorne dziecko, jak przez krzew byle jaki, przemawia natura, jej prawa odwieczne, Bóg. Dzięki ci, właśnie żeś taki — ot sobie...
— Synek mój — pomyślałem tkliwie.