Stefan miał iść z Walentym do kościoła, potem Stefan do brata, a Walenty za sprawunkami67. Ja miałem poszukać okulisty, który był podobno w jakimś szpitalu wojskowym. Zejdziemy się w ochronce. — W ciągu drogi kilkakrotnie zmienia postanowienie: najprzód68 pójdzie do ochronki, nie, najprzód do brata, nie — z Walentym chce iść.
W ochronce pani go zawołała: stał jakiś dziwnie tępy, bezbarwny, odpowiada na pytania głosem cichym, apatycznym. Dopiero gdyśmy wyszli, zrozumiałem, dlaczego nie chciał jechać do Tarnopola, dlaczego w drodze był smutny, dlaczego tak prędko powiedział: „no, idziemy już”, gdy wyszedłem z pokoju pani.
Stefan bał się, że go zostawię.
Trzeba kupić czajnik.
— To ja pójdę z panem Walentym, ja wiem, gdzie można kupić.
Wyjmuję portmonetkę.
— O, Walek (nie — pan Walenty) dostanie 10 rubli, kupimy sobie ciastka...
Ten jego ton zaczepny ma znaczyć: „wcale się nie bałem, wiedziałem, że nie zostawicie mnie tu...”
Dziwnie niechętnie mówi o bracie. Nie wiem, dlaczego. Nie chce, abym się z bratem spotkał: co to ma znaczyć?