Kazałem opowiedzieć, co przeczytał. W ciągu ubiegłych dni opowiadał krótko swoimi słowami, po dziecięcemu zaczynając od: „więc to tak”... Dziś, nie wiem czemu, po opowiedzeniu pierwszej powiastki zapytał:
— Prawda, że źle opowiedziałem?
A drugą postanowił opowiedzieć słowami książkowymi — jak w szkole. Od razu wpadł w ten okropny monotonny, bezmyślny, żebraczy ton szkolnego opowiadania — zaglądając ukradkiem do książki, skąd wychwytywał byle jakie zdania i plątał bez sensu.
W warcaby gra znacznie lepiej. Znikły blagierskie ruchy — gra uważnie i poważnie. Rozumiem: dawniej naśladował, małpował gracza, wzorując się na autorytetach, teraz zaczął już — sam.
Pomagam mu, zwracam uwagę na popełniane błędy.
— Tylko niech pan nie mówi. Jak pan mówi, to ja łatwo sobie ważę.
To poprawianie każdego błędu w czytaniu, pisaniu — czy nie wywołuje tego samego skutku: że uczeń łatwo sobie waży pracę.
Stół się chwieje. Rozlał trochę herbaty na stole — robi palcem drogę do brzegu — herbata ścieka.