W Domu Sierot wiele dzieci przejmowało niektóre moje litery. Te litery, używane przez dorosłych, są lepsze, wartościowsze. Pamiętam, jak długo biedziłem się, by nauczyć się pisać duże W tak, jak ojciec pisał na kopertach w adresie: Wielmożny. Sądziłem, że zaimponuję nauczycielce, a spotkałem się z szorstką odprawą:
— Jak będziesz tatusiem, będziesz mógł pisać, jak chcesz.
Dlaczego? Co jej to szkodzi? Co w tym złego? Byłem zdziwiony i urażony...
Dziś podczas dyktanda przyszedł felczer z papierami. Nie zauważyłem, że Stefan uważnie patrzy, jak ja piszę. A patrzył: bo po wyjściu felczera sam zaczął pisać tak prędko, że nawet marzyć nie można było, by to potem odczytać.
Jako nauczyciel, mam tylko trzy wiersze karygodnie niestarannego pisma, jako wychowawca — mam bardzo subtelny odruch buntu przeciw własnej niedoskonałości:
— Chcę pisać tak prędko, jak ty, chcę być do ciebie podobny.
A no — spróbujemy:
— Patrz, chłopak, coś ty tu nabazgrał. Blam... dziam... bram... Dlaczego te trzy wiersze tak ci się nie udały?
— Nie wiem (uśmiech zażenowania).
— Może zmęczony już byłeś?