— Nie pchajcie się; będę mówił głośno i wszyscy usłyszą — powiada dozorca, kontent, że chłopcy się pchają i kłócą, bo każdy chce siedzieć najbliżej, żeby najlepiej usłyszeć.

— No cicho — zaczynam. Pewnego razu...

Nagle Bromberg, który miał wszystkie dziurki i ani jednego guzika, odwrócił się, przyklęknął na jedno kolano, spojrzał w dal i tonem człowieka, który się nie myli, oznajmił:

— O, tam idą barany.

W samej rzeczy pędzono drogą stado baranów.

Barany szły w tumanach kurzu, bezładnie tłocząc się, śmieszne i zalęknione. I chłopcy jak jeden mąż zerwali się, zapomniawszy o ciekawej historii i pobiegli patrzeć na barany.

Dozorca pozostał sam. Wprawdzie było mu na razie trochę nieprzyjemnie, ale od tej pory mniej wierzy w swój talent do opowiadania ciekawych historii i dzięki temu stał się skromniejszy, a więc mądrzejszy. Barany nauczyły go rozumu.

Rozdział siedemnasty

Kolonia Jaskinią zbójów. Wielkie śledztwo i świadek z czworaków. Przebaczenie.

Raz jeden w ciągu sezonu musi się stać coś bardzo strasznego: dwa lata temu chłopcy rzucali szyszkami w adwokata przysięgłego z Lublina. Adwokat jechał bryczką przez kolonię; chciał napisać do gazet, że chłopcy napadają na ludzi, ale przebaczył wreszcie. W zeszłym roku trzech chłopców poszło do kąpieli, wsiedli na łódkę i dopiero młynarz musiał łódkę do brzegu przyciągnąć. A w tym roku nadeszła wieść do kolonii, że nasi chłopcy obrzucili kamieniami przechodzącego drogą Żyda-wariata, że krew biedakowi ciurkiem z głowy leciała, aż z litości kobieta we wsi rany mu obmyła i mleka dała na drogę.