Jest pięciu podejrzanych o udział w złej sprawie.
— I jakże to było?
Ano, przechodził przez drogę kolonijnego lasu Żyd z workiem na plecach i dziurawymi butami w ręku. Żyd szedł powoli i mówił coś do siebie. Chłopcy go zobaczyli, zaczęli się śmiać, a on im język pokazał. Ktoś rzucił mu szyszkę do buta, a że but był dziurawy, szyszka wyleciała. Inny zapytał, co niesie w worku na plecach.
— W tym worku jest dziesięć razy po dziesięć tysięcy rubli — odpowiedział.
Wówczas jeden zaczął prosić, żeby mu dał rubla, kiedy taki bogaty.
— A dalej?
Dalej nic: Żyd sobie poszedł spokojnie, a oni zaczęli się bawić.
Tymczasem przybiegła zasapana kobiecina z czworaków dla złożenia zeznań.
— Jakie tam znów dwa garnce krwi, kto tam bajdy takie opowiadał? Dała mu mleka, bo zna głupiego: on tu się zawdy kręci w tych stronach. Kazała głupiemu iść na kolonię, to może i mięsa dostanie, ale nie chciał i powiedział, że chłopcy to zbóje. Co prawda, to prawda: zbóje powiedział na chłopców, że niby kamieniami rzucali. I po prawdzie, musieli rzucać, bo miał skórę na szyi zadrapaną. Wiadomo: chłopaki. Ona ma dwóch i rady dać sobie z nimi nie może, a tu jeszcze taka gromada. Młode to, ta i głupie. Niech ich panowie bardzo nie karają: dorosną, sami zmądrzeją.
Prawdą więc było, że rzucali w wariata i zadrapali mu skórę na szyi.