— Więc tak. Idzie przez drogę spokojnie sam jeden słaby i chory człowiek. On jeden, was stu pięćdziesięciu, on chory, wy zdrowi. On głodny, wy najedzeni, on smutny, wy rozbawieni. I dlatego, że on jest samotny, chory, głodny i smutny, wy w niego rzucacie kamienie? Kolonia jest jaskinią zbójów? — Nie, tak być nie mogło! Ale wy nie chcecie przecież prawdy powiedzieć!

I stały się naraz trzy rzeczy: jeden z chłopców się rozpłakał, drugi oznajmił, że wszystko powie, choćby go miano za to do Warszawy odesłać, i rozległ się dzwonek wzywający na podwieczorek.

I po raz pierwszy, bez śpiewu, ze spuszczonymi smutnie głowami, szliśmy na werandę i zasiedliśmy przy stołach. I po raz pierwszy przylepki wydane zostały nie po kolei, a tak — jak się zdarzyło. Chłopcy porozumieli się oczami i nikt nie przypomniał dozorcy, że przylepki nie po kolei wydano.

Zaraz po podwieczorku zgłosili się winowajcy:

— Powiemy prawdę.

Więc rzucali szyszkami, ale nie w wariata, tylko w worek, który niósł na plecach. Rzucali w worek do celu: kto trafi? Zrobili źle, głupio i gotowi są ponieść za to karę.

— Dobrze więc: jest was czterech. Idźcie teraz na salę i obmyślcie sami, jak was ukarać.

Teraz zgłosił się i piąty:

— Ja też chcę iść na salę, proszę pana.

— Dlaczego? — zapytał dozorca, zdziwiony.