Odbędzie się za tydzień — za sześć dni; już za pięć tylko — za cztery — za trzy — pojutrze już — jutro!
Tor wyścigowy równo wysypany żółtym piaskiem. Po każdej stronie toru chorągiewki niebieskie, czerwone i białe.
Na werandzie kurtyna z kołder, a zrobiona tak mądrze, że jeśli pociągnąć za sznurek, sama się podnosi — zupełnie jak w prawdziwym teatrze.
Żeby tylko deszcz nie padał, żeby kurtyny nie ukradli, żeby nie uciekł las razem z torem wyścigowym, żeby się nie stało coś takiego, co przeszkodzi w zabawie.
Ale nic się złego nie stało. Po pierwszym śniadaniu kąpiel, po drugim zaczęły się wyścigi.
Jeden pan daje hasło do biegu, drugi notuje na mecie, kto pierwszy dobiegł do celu.
Każda czwórka, zanim puści się w zapasy, zaciera dłonie, a niektórzy nawet plują w ręce, żeby biec prędzej.
Potem wyścigi z zawiązanymi oczami i te są najśmieszniejsze. Każdy chce być pierwszy, a boi się, że wpadnie na drzewo.
Później wyścigi z przeszkodami, wreszcie przeciąganie sznura. Dziesięciu chłopców ciągnie sznur w prawą, dziesięciu w lewą stronę. A ciągną tak mocno, że kiedy zwyciężeni, nie mogąc już utrzymać sznura, puszczają go nagle, wszyscy zwycięzcy z wielkiego rozmachu przewracają się na ziemię.
— Patrz, jak ja ciągnąłem — i pokazują czerwone ręce ze śladami odciśniętej liny.