Czterej chłopcy najdzielniejsi w biegu raz jeszcze się ścigają; pierwszy z nich będzie królem, drugi królową, trzeci i czwarty paziami.

Szkoda, że przez okno nie można zobaczyć, jak się królewska para przebiera, bo okno pani gospodyni zasłoniła chustką. Wiadomo jednak, że nawet paziowie mieć będą korony, a król będzie miał szablę i trąbę pana Stanisława, i będzie wolno mu trąbić, ile tylko zapragnie.

Przed werandą stoi tron, niezmiernie piękny, przybrany w kołdry i chorągiewki.

— Wiwat!

Król prowadzi pod rękę królową; królowa ma suknię czerwoną w białe kropki i białą bluzkę, którą pożyczyła praczka. Paziowie niosą ogon sukni. Złote korony królewskiej pary lśnią w słońcu.

Marsz tryumfalny rozpoczyna konnica i tu właśnie generał Korcarz, bohaterski obrońca kolonijnej fortecy, musi być koniem.

Zmienne zaiste są koleje losu!

Za konnicą kroczy piechota, wszyscy salutują przed królem; pan Herman bębni na kuble, orkiestra bije w pokrywy garnków, król przez wdzięczność za okazane mu honory trąbi z całej siły, a potem zaprasza wszystkich, zarówno konie, jak i ludzi, na werandę, tamże przenosi się tron i pan Mieczysław ma honor pokazywać sztuki magiczne królewskiej parze i zaproszonym gościom.

Kurtyna idzie w górę.

Dwie karty pokazują się i znikają w czarnoksięskim pudełku; przecięty nożem sznurek zrasta się za dotknięciem czarodziejskiej laseczki; czerwona kula znika z czarnoksięskiego kieliszka i znajduje się za kołnierzem pazia. Ale najciekawsza jest ostatnia sztuka.