Znam cichych i rozumnych gazeciarzy, którzy nie lubią, ale muszą wiele godzin dziennie spędzać na ulicy.
„Ach, szczęśliwi” — myśli pilnowany przez rodziców ulicznik.
Nie, ciężka, przykra i niebezpieczna jest praca małego gazeciarza. Po paru dniach nudzi i męczy bieganina i krzyk. Nogi bolą od biegania, gardło boli od wołania. I niepokój, żeby sprzedać gazety, i obawa, żeby nie zgubić pieniędzy, żeby nie wykradli, żeby nie wziąć fałszywej monety, żeby nie pomylić się przy wydawaniu reszty, żeby nie wpaść pod auto albo pod tramwaj. Prędko i zręcznie, ale ostrożnie i z wysiłkiem uwagi przebiegają ulice.
Nieuważny w szkole tylko zły stopień dostanie, a tu chwila nieuwagi — już kalectwo na całe życie.
Wiedzą o tym mali gazeciarze i sprzedawcy cukierków, znają prawidła, które są tajemnicą dla ich szczęśliwszych rówieśników. Wiedzą, jak uniknąć wypadku i spotkania z nieuczciwym człowiekiem: nie brak w dużym mieście oszustów i awanturników; mówią nawet, że są ludzie, którzy kradną, porywają dzieci.
Opowiedział raz chłopiec taką swoją przygodę:
Stał przed kinem i oglądał fotografie. Zbliżył się do niego duży, prawie dorosły chłopak i pyta się:
— Chodź do bramy, chcesz, to cię za darmo wprowadzę?
Dobrze, weszli do bramy.
— Zdejm15 buty, bo przejdziemy tylnym wejściem.