Pragniecie zrozumieć tę wrzawę splątanych odgłosów, dźwięków, łomotów, lamentów, jęków i łoskotów, ten zgiełk ponury ówczesnego życia? — Mamże się pokusić i ten ból wam sprawić, bracia, siostry?... W jaki sięgnąć urywek posępnych praczasów, jakiego wygarnąć widmo prarodzica? — Gdy się skradał wśród lasów, jak równy z równym potykał ze zwierzęciem, borykał z żywiołem — czy gdy się być mniemał władcą ówczesnego świata — panem wyciętych kniej, zdobywcą żelaza i ognia, królem wód i powietrza? Gdy już nie sam, a społem, mniej karne w gwiazdy wysyłał spojrzenia? — A może zanurzyć serce w on203 czas, gdy się spotkali rówieśni, słaby i silny, naiwny i pyszny, człowiek namiotu i łuku z człowiekiem, który raził piorunem, siał śmierć i postrach z obłoków? — Ten był czas klęski i krzywdy najboleśniejszy, w chaosie straszliwy. — Gdy tworzyli mrowiska, skupiali w ucieczce przed samotnością i dla wspólnej obrony przed wrogiem — bratem? — Czemu nie miłość i współdziałanie, a waśnie, walki, napaście, przemoc, podboje, rozboje, chciwość, łupiestwo i panowanie? — Czemu, pytam, gdy się zbliżyli, spojrzeli, spotkali, nie podali dłoni, sięgnęli po miecz i truciznę, czemu krew i kajdany? — Zgadujmy: głód. — Nie, ziemia rodziła. Znali sposoby, by przynaglić. — Chłód. — Nieposłuszne słońce tyle jeno udzielało ciepła, ile kaprys dyktował, hulały wichry, a mury nie dość chroniły. Czemu jednak najliczniej urn i szkieletów, rumowisk i zwalisk, gdzie zimniej było? — Mówią: skrawki złota wszędy rozsypane i sztaby złota starannie w żelaznych sklepikach204 ukryte. — Nie wiemy. — Być może. Tajemnica. — Musiały istnieć braki, którym grabiąc usiłowali zapobiec, musiały istnieć różnice, które gwałt uprawniały. — Różne czaszki, różne napisy kamieni i owych blaszek metalu, odmienni w różnych klimatach, inny człowiek pól, wód, gór — a każdy dla siebie i sobie. Inaczej nie mogli przetrwać i podołać. — Zgaduję, gdy nie wiem. A ponad nimi blady trup księżyca. Czy wiedzieli, że i słońce stygnie? — Gdyby nie. — Widzą, że rodzi się, wzrasta, dojrzewa i rozpada. — Śmierć w boju zrozumiała i wybaczalna, nawet w chorobie, przed którą bronił się naiwnie, może nawet skutecznie. — Ale czemu nieunikniona bezwzględnie i raz na zawsze — kto spieszniej, kto później — jeden wszystkim wspólny wróg — starość. — Czasowość i przypadkowość bytu różny budziła niepokój, bunt i tęsknotę. Czasowość i przypadkowość bytu w jego doczesnej, ziemskiej postaci, gdy innej nie znali, snując domysły, z których czerpali otuchę i rezygnację. Kładły się do snu sterane pokolenia, a nowe budziły z niebytu, gwarne i pewne siebie do pierwszej zmarszczki, pierwszego siwego włosa. — Potrzeby ciała żądały trzeźwego czynu, duch wzywał o zapomnienie, gdy ukojenia nie było, pogody ni równowagi. — Oto człowiek ówczesny, sprzeczny sobie, rozdwojony, rozdarty, w rozterce już nie z bratem, światem, ale życiem, sam w sobie, najsamotniejszy w momencie narodzin i skonu, świadomy tej samotności i na nią skazany, bez ratunku znikąd, bez pomocy i bez nadziei. — Odnaleźliśmy dziwne jady: one odurzały, rozpalały i gasiły na przemian, dawały zapomnienie, wytchnienie w złudzeniach i obłędach. — Wiedząc, że trucizna, nie mogli inaczej; wystarczy wypić miarkę i ma się poczucie trwałości, jak miecz dawał poczucie mocy. Przed kresem śmierci brata własną kłamał nieśmiertelność.

Czym jeszcze, nie wiedząc, wypełniał mroczną wówczas tajemnicę? — Jakie budował pracowicie legendy i w męce jakie im składał krwawe ofiary? — O co zahaczał kotwicę swej trwałej ufności?

Odgarniam pyły, idę ku wam, dawni i trudni do odczytania, pogrążam się w mętne głębiny — szukam, błądzę, zgaduję. — Słuchajcie, słuchajcie, czy nie słyszycie jego ku nam tęsknoty i wołania? I on miał swą przeszłość i dawność, którą znał, domyślał się i czuł w sobie. Wiedział, że się wspina, wznosi, prostuje, że zawieszony między wczoraj i jutro, ku nam zdąża. Zaufał, prapotomkom przekazywał; w tę drogę odległą, bolesną, mozolną, gorzką — prowadził swe dzieci, wierząc w ostateczne zwycięstwo. Może to jedno krzepiło go i dźwigało. Ścigany koszmarem przeszłości w klęsce dnia dzisiejszego nam podawał nieradne, drżące pisklęta — sieroty, byśmy utulili w płaczu rzewnym, przygarnęli i prowadzili dalej. Czy uczcimy tę cichą ofiarę? — One są raz w raz odnowieniem gasnących pokoleń, stanowią część składową tego piona, który poprzez nich, nieświadomych, idzie w pogodną, jasną, białą przyszłość. My ich wiązadłem, udziałem wspólnym, jedynym braterstwem — skarbiec, sztandar, testament — ulga w godzinę rozterki i sromu — wiara, miłość, nadzieja. Były. — Słyszymy nie tylko dzikie ujadanie, złe pomruki, wycia i skowyty, ale i hymny — i ciche westchnienie. — Drapieżnik, ale i jego smutna ofiara, i braterstwo niedoli, i spłoszona dobroć. — Żyły obok siebie, ale nie tylko. — W tym samym człowieku wróg i sojusznik, i niewolnik pokorny, i buntownik wytrwały, twórca i podpalacz, w tym samym kapłan, sędzia i mściciel, kat i skazaniec, piorun i tęcza. Razem, by burzyć, razem, by budować.

Nie tylko cisną się, tłoczą, dławią, czepiają, spychają, gnębią i ścigają, mordują i torturują, dręczą i gnębią wzajemnie. Nie tylko nienawiść i niechęć, ale i miłość. I nie tylko pociąg zmysłów i żądza ciała — oni mniemali to miłością, która kąsa, jątrzy, osłabia, przygarnia, by poniżyć i odtrącić, by władać — szaleństwo i ból, jedna z niewielu ucieczka przed rzeczywistością i ratunek. Ale i biała gołębica. — Ale nie było wewnętrznego prześwietlenia, kochanka nie wiedziała, kogo tuli do łona, nie wiedziała matka, kogo rodzi, komu pierś podaje. — Uczcijcie milczeniem tę chwilę. Słyszę wasze westchnienie.

Mieli wieszczów, proroków, przewodników — słyszym ich szepty, niestety zdeptane, czcili nie tylko siłę, żyła wśród nich myśl i uczucie. Widnieją ich zadumane postacie, wykute w kamieniu i odlane w metalu. Nie rozumieli, niedbale trwonili — nie dochowały się nietrwałe księgi, nawet bladych słów ich nie znamy. Hej-hej, duchy lśniące tych mroków, roso pustyń i trawo lękliwa ugorów. Ku waszym błękitom, pociechom i przestrogom, złudom i natchnieniom, zachwytom, wyzwoleniom, spełnieniom — wybiegam z pozdrowieniem — waszym zapadaniom i odkupieniom, mocowaniom w sobie, przymusom, niepokojom, upokorzeniom, upodleniom, duchy ułomne, buntom, zawodom i udrękom, klęskom, goryczom, zwątpieniom ślę bratni pocałunek. — Okrutną była samotność wasza, obcość i czekanie.

Niezrozumiały brat bratu. Znajdujemy maskę. — Człowiek skryty, który w błąd wprowadza, zwodzi, myli, kłamie. — Bez kontaktu uczuć, opancerzony, w masce, skazany na mowę słów i gestów, kłamie mową, uśmiechem, łzą, pocałunkiem, uściskiem. Solidarność w nieprawdzie, przebiegłość, podstęp, zmowy, spiski, zdrady. Więc niepewność, wątpliwość, wahanie, nieufność, niedowierzanie. Więc sprawdzają, podejrzewają, śledzą. Więc powszechne czajenie, ściganie — złudzenia i zawody. — I kary. — Więc szukanie prawdy, prawa, sprawiedliwości daremne — upokorzenie, pogarda. Momenty zwierzeń i skruchy. — Jak pod tym ciężarem się nie załamać? — Przygniecie, udusi, zmiażdży. — Nic albo nie. — Siebie w sobie zmienić, już sam dla siebie w masce, okopy i fosy — każdy przeciw każdemu — i każdy przeciw sobie.

Dlatego nie możemy zrozumieć, dlatego daremny wysiłek, by przywołać jednego, by wyjaśnić, jak było. — Zawsze wdziera się tłum masek, kłamliwych, skłóconych widm, boleśnie powykrzywianych. — I przechadzają się wśród nas błędne cienie. — Nie odtrącajmy. — Nie zapomnienie, nie pobłażanie, nie współczucie, nie przebaczenie, a braterstwo.

Dalecy, a bliscy, obcy, a znajomi, wszyscy najbardziej krewni, siostry, bracia moi, ja was nie winię, niezdolni inaczej, ułomni i smutni. Spragnieni i tęskniący — w pomyłkach waszych bezgrzeszni. Nie zbrodnie, nie przestępstwa, nie wykroczenia, nie uchybienia, a pobłądzenia. — Kładę dłoń ciepłą na wasze głowy znużone, łzę cichego współczucia składam wraz z pozdrowieniem. Ku wam ramiona moje rozpostarte. Po stokroć nie wyklęci, a błogosławieni. To zamierzeniem moim było wam zwiastować, jasny uśmiech wywołać w oczach umęczonych — ukoić. Łagodne spojrzenie na wasze niezgody i niełady. — Ja wasz syn i rodzic, i brat, dzieci moje.

Nie osąd wam, wygnańcy i tułacze, że niosąc brzemię nieładów ducha i ciała — jarzmo grozy — zmyleni błędnym ognikiem swawolnych zachceń, igrań i bawideł, za dreszcz i uśmiech oddawali siebie — a pochylenie czoła, dostojną stanowczość i wierność wytrwania, powagę i siłę waszej dla nas ofiary, za waszą ołowianą służbę i modlitwę o zorzę, świętość, cud, za waszą nam ufność i wiarę mimo przeszkody i wędzidła — dam za waszą spuściznę, która nam pozwoliła przebudzić się i otrząsnąć.

Zakończenie