Śmieje się. I znów poważnieje:

— Więc nie ma szczęścia ani sławy?

— Owszem, są.

— To dobrze... Niech mi pan wierzy: ja mamusię rozumiem i różnie już próbowałam. Ale mama jest niepoprawna i często tracę cierpliwość.

— No i co? — pyta się potem mama.

— Nic ważnego. Ale niech pani unika takich wyrazów jak: fanaberie, szmyrgniesz, komediantka. Drażnią. Młodzież ma swoje jakieś niezbadane leksykologiczne sympatie i wstręty. I nie za często powtarzać — oni lubią odmianę. Przyznała, że rozmowa ze mną była nawet możliwsza niż inne...

— Tak panu powiedziała? Ach, bezczelna! I co pan jej na to?

— Nic. Byłem zadowolony, poniekąd dumny. Przyznała pani też słuszność. Powiedziała: że pomyśli, że panią rozumie.

— Ona — mnie?! Teeż... No, wie pan... Może naprawdę byłoby w ogóle lepiej bez tej rozmowy...

Stary Doktór