— Słusznie. Dajmy spokój. Trzeba te drobne sprawy (z drobiazgów składa się dzień powszedni) rozważać pod kątem: czy nie mogłoby być gorzej, czy będzie w niebie dziura. Nie melodramatycznie...
Znów cisza. A potem ona:
— Nie rozumiem siebie.
— Byłoby nudno inaczej.
Aż padło słowo: szczęście.
— Iiii. Szczęście? Tyle tylko? Może i sława też? Nie łaska trochę mniej? Ot, czego się faflęciu zachciało.
(Wymknęło mi się. Ona wnet podchwyciła. Widocznie się spodobało).
— Faflęcie? Skąd pan to wziął? Nie ma takiego słowa!
— Mogę cofnąć.
— Nie. Dlaczego? Zobaczę w słowniku. Pierwszy przypadek chyba: faflę jak: pisklę. Hi, hi, hi.