Zamąciły się bezradnie ślepięta:
— Mówią, radzą dobrze — a mimo to — samotna.
Taak. I nie ma na to sposobu. Nikt cię nie zastąpi (nie wyręczy). Ani wywiniesz się, ani wysuniesz. Zechcesz uciec, dogoni. Schowasz się — znajdzie. Trzeba się z nią zmierzyć. Ty ją czy ona ciebie za kudły. Potrzebna decyzja. I odważnie — i naprzód — i pogodnie. Nie udało się? A ty swoje. Zabolało? Zagoi się. Samotność można roztrwonić, sponiewierać, zaflejtuszyć. Ale można ją też ujarzmić, sprzymierzyć się z nią. Oswojona, posłuszna, wysoko niesie, daje hart i siłę. Litery samotności, potem płynnie już czytasz. Nuty: nudne wprawki, potem — niespodzianki i wtajemniczenia.
(Miło mówić w takich dwoje nieruchomych oczu, które chcę214 zrozumieć. Ale czuj duch: jeden niefortunny wyraz — i spudłowałeś).
— Samotności ani zagadasz, ani przekrzyczysz — mówię. — Nie lubisz frazesów, ale równie zła i przykra jest poza.
A ona:
— Tak. Mama też nazywa mnie: „komediantką”.
— To nieważne. Trzeciorzędne, kosmetyka współżycia. Powiedz: czy jeśli spóźnisz się na obiad, czy mniej głodnych będzie na świecie? Jeśli zamiast drzwi cicho zamknąć, trzaśniesz — czy więcej będzie pracy? Jeśli nie odłożysz do szafy, tylko szmyrgniesz...
Ona:
— „Szmyrgniesz” — miłe słówko.