— Przypuśćmy, że palnęłam głupstwo... (Chce, żeby była praca, żeby nie było głodu, chce inaczej. A kto nie chce?)

Cisza, pauza. Ja znów, pojednawczo:

— Powiedziałaś: wiecznie awantury. Wieczność — trudny wyraz, nie należy go nadużywać... (I nie wiem, co dalej...)

Ma słuszność. Trudno mi z dziewczyną — z chłopcem łatwiej. Rozmowa bardziej rzeczowa. Na przykład: „Powiedz, kawalerze, jaki giez cię ukąsił, kie licho cię ponosi? Wiem: młodość to niejako umysłowe niedomaganie. (Powiedział ktoś: wyrwałem się z młodości jak z domu wariatów). No tak, ale likwidować zatargi w pomyślniejszych okresach, żeby nie pozostawał osad. Burza? Nawet lepiej, bo po tym rozładowanie. Rodzice — oni też, my też mamy swoje troski, trudności, dziwactwa i kaprysy. Trzeba jakoś uzgodnić sprzeczności na wspólnym terenie rodziny”.

Ba, to z chłopcem. Ale co z nią?

Pytam ostrożnie:

— Jak nauka? Kto uczy? Pani czy pan?

— Myli się pan — ofuknęła. — Myśli pan, że jestem zakochana?! (Z miłości też wyrosła raz na zawsze).

Podrapałem się ołówkiem w łysinę. A ona:

— Nie jestem sentymentalna. Dobrze zdaję sobie sprawę. Wiem: mama dobra, oni dobrzy, chcą dobra, życzą dobrze. Ale...