Modne stały się ostatnio podróże.
Zloty, zjazdy, kongresy, wystawy, wagary, kolonie, wycieczki sportowe, turystyczne — obozy ruchome, kraje egzotyczne. Ruchliwy stał się człowiek współczesny.
To słuszne, celowe, kształcące, zdrowe, zaraźliwe. Więc i ja, ja też — za przykładem. I ja, tu — tam, błąkam się, włóczę, ale z racji wieku podeszłego pętam się i wałęsam już tylko myślą po świecie. Pobiegnę, polecę, przystanę, zajrzę, posłucham, jak i co — i jazda dalej, daleko. Myślą podróżuję, więc bez paszportu, wizy, dewizy i walizy — bez plecaka, plackarty220, stacyj221, celników.
Leżę w łóżku, siedzę w ceratowym fotelu — hajda myślą! Więc bez węgla i sadzy, bez benzyny, szoferów, pilotów. Wygodnie, bezpiecznie, tanio i ciekawie. Kraj i zagranica, i lądy odległe, bez biletu, na gapę.
Więc Warszawa — Berlin, Wiedeń, Rzym, Praga, Paryż, Madryt, Londyn. Na wschód: Warszawa — Moskwa, Chiny, ba! New York i południe, czemu nie — Indie, Afryka, Święta Ziemia, Egipt, Ateny, Australia.
Tedy proszę nie dziwić się (kto nie chce, niech nie wierzy): zawieruszyłem się w nieznane i w przelocie, zwyczajnie, ot, tak sobie — bez pompy i gali — nie na posłuchanie, nie z petycją, skromnie, cicho — na pogawędkę — zgaduj, dokąd? — do nieba! No, tak. Ni mniej, ni więcej. Na chwilę do nieba — znużony, utrudzony — odpocząć w spokoju.
Głośno na tej ziemi, tłok, pstrokacizna, ciasnota. Tu czterysta pięćdziesiąt milionów samych tylko Chińczyków, tak, dwieście pięćdziesiąt i sto pięćdziesiąt milionów tylko hałastry. O bladych twarzach niejedno dałoby się powiedzieć. Jeden starczy za dziesięciu. A tu (znaczy się w niebie) cisza kojąca, wiew wieczności, wszechności. Stąd glob nasz — piłka pingpongowa, celuloidowa, w najlepszym razie bzykający, wirujący bąk. Ano, gromada tego, tych światów, kupa żwiru migotliwego, jasnych paciorków, rosy.
Pii... Astronom na górze, na wieży, przez rurę metalową, przez matematykę, szkła, względność — liczy, bada, mierzy, zgaduje, kalkuluje i fotografuje. A ja nic — nawet smarkatej lornetki teatralnej. Przez pospolite okno, jego szybę zakopconą. A przecież trafiłem. Hyc-hop! — i do Boga w niebie.
Ludzie jakby zapominają, że każdy — wstęp wolny! — też może. Albo właśnie dlatego rzadziej, że łatwo i bez ograniczeń. Bo ja wiem? Brak czasu, gapiostwo czy obawa? Ależ nie, zapewniam: nie ma czego trwożyć się. Kto tego nie zaznał, trudno mu będzie zrozumieć. Bo sądzicie pewnie, że oślepiony blaskiem? Nie. Oczu nie zmrużyłem. Albo gromem rażony? Mylisz się. Padłem na twarz? I to nie. Zrazu z lekka zażenowany, ale wierzaj222, na krótką chwilę. Wnet jak w domu za piecem, swobodnie.
Powiem przykładowo.