Łódka ma we dworze opinię stateczną i zrównoważoną, rybak — wioślarz doświadczony, ja — autor książki: 365 sposobów zabezpieczania od nieszczęśliwych wypadków latorośli na dnie powszednie, niedziele i święta. I pływam jak Walasiewicz287, jak Kusociński288.

Więc tylko: Czy pogoda, czy sweterek, czy twaróg, czy łódka niewywrotna, i czapki na słońcu — czy dam radę z taką czeredą, i na skinienie, i punktualnie na obiad, bo niepokój, i już nigdy, do siwego włosa i łysiny...

Zawierzyły mamy, ciocie, babcia. Niniejszym składam im dank289.

Ale... Nowa, odmienna seria pytań: „Czy wziąć futbolówkę, nóż skautowski, album z markami290, czy pies z nami, bo on też nie ma jeszcze czternastu lat”.

Ja — w zamęcie i rozgardiaszu — wódz zimny, słup przewidujący. Opanowałem sytuację (bo kto z kim w łodzi, kto dziób, kto ster). — „I nie pić wody, i nie wychylać się”. — I proszę o zapasowe majteczki dla najmłodszej ekipy. I szepnąłem chłopcom polecenie, żeby „na zapas”. Przedszkolak uparł się, że już akurat przed chwilą, że nie trzeba. Pytam się: „Robiłeś? — Tak. — Pokaż język”. — Nie chciał, wolał iść jeszcze raz. (Dziewczynki też certowały się, że dorosłe i eteryczne; ale też poszły — na zapas).

Embarquement291. — Liczę: „jeden, dwa, sześć, osiem. — Choć burza huczy wkoło nas292”. — Drobne nieporozumienie, bo ona nie chce przy nim, a on nie chce za nią.

Lekko zakołysała się łódź. Mała przy mnie, przedszkolak z kijem wolałby (nieśmiało) nie przy mnie. — Syrena (gwizdek). Ruszamy. — Płyniemy. — Powiewamy. — Cisza.

Ona (której ciocia była za granicą) dopiero dwa razy obraziła się, teraz pierwsza przerwała ciszę doskonałą:

— Proszę pana, on się wychyla, on wypadnie; proszę pana doktora, on chlapie.

Stała się rzecz wysoce niewłaściwa: przedszkolak pokazał jej język.