— Już zaczynasz? — Poczekaj: powiem twojej mamusi. — Mówiłam, że tak będzie. — Więcej z nami nie pojedziesz. — On chlapie.
(Przedszkolak łagodnie wiosłował patykiem, ale teraz naprawdę rąbnął kijem wodę).
— No, widzi pan, co on robi? — Ooo, całą sukienkę mi... Nie chcę siedzieć tu.
Mówię twardo do przedszkolaka: „Nie chlap”.
A ona: „Niech mu pan odbierze ten kij”.
Ja znów — twardo do niej: „Nie dyktuj mi, co mam robić; wiem sam”.
A przedszkolak, rozumie się, wiosłuje tym swoim kijem i pyta się: „Ile razy mi powiesz? — Co ile razy? — No, żebym nie chlapał? — Nie rozumiem”. A on niecierpliwie: „Ile razy, że potem dasz mi klapsa, po łapach, raz? — Ach, tak: trzy razy powiem, ja zawsze tak — trzy. — Czy z tym, co już powiedziałeś? — No, tak”. Lekko uderzył kijem wodę i pyta się: „Czy to się liczy? — Nie, lekko możesz”.
A ona, niezadowolona, chce zmienić miejsce. Łódź lekko się pochyliła, mała sąsiadka mocniej tylko ścisnęła moją rękę (i to był jedyny incydent). Znów skupiona cisza.
Cisza. Obrazy, zmienne krajobrazy. — Plusk. Woda, iskry, błękit. Zieleń, piasek brzegów. — Cisza. — Płyniemy.
Uśmiecham się. — „Czy poradzę sobie z czeredą?” — A z czym tu sobie radzić? — Człowiek — ciche, dobre, łagodne, miłe, naiwne trochę stworzenie — byle nie drażnić, nie krzywdzić, nie podjudzać, nie niewolić. — Nawet ona i on teraz cisi.