Cisza. Rzeka płynie. — Bukiecik dla mamusi — tak, z zielonym ładniej. — I tam dalej — zabawa w dwa ognie. — A przedszkolak: „Już dosyć — niech sobie żyje; idź sobie, mrówko — niech pan powie, żebym i ja grał z nimi. — Jakże powiem, kiedy nie chcą, bo przeszkadzałeś? — Ale pan może kazać. — Nie mogę kazać, bo to ich piłka i ich zabawa. — Ale ty jesteś doktór293. — Ale oni zdrowi, i zabawa to nie termometr i nie grypa, i nie aspiryna! Idź sam, może cię przyjmą jakoś”.

Przyjęli go na próbę, tylko ona jedna nie chciała, „bo jej w łódce ozór wywalił i sukienkę ochlapał”.

Więc usiadła przy mnie i mówi, że nudzi się, że na przyszły rok pojedzie z ciocią do Montekatani294; że tam są wygody i w każdym pokoju jest w Montekatani wanna i kultura, i w ogóle wszystko elektryczne; ciocia lubi tylko Riwierę i prawdziwe morze.

— No, tak, ale i tu jest ładnie. — Ja na przykład nie żałuję, że tu przyjechałem, chociaż też chciałem w góry.

Nie, ona żałuje, bo woda w rzece jest brudna i dziewczynki są nieszczere, a chłopcy są dziecinni i źle wychowani, kiedy były lody, zachowywali się tak, jakby nigdy lodów nie widzieli. Wszystko jest prymitywne.

Westchnęliśmy oboje: ona i ja. — A oni bawią się, a my rozmawiamy. — Nie dojechaliśmy do miasta, bo było już późno.

Niby troszkę rozczarowanie: bo ten chciał kupić nową baterię do latarki, a ta w aptece dla mamusi, a ten — jakąś pamiątkę, bo w mieście są pewnie „historyczne ruiny”, może nawet starożytna grota. Więc trzeba zobaczyć. Bo po wakacjach wypracowanie bez ruin i pomnika, to co? — Żeby nawet nie wiem jak się starać, pani woli ciekawe, jakby to była jej wina, że ruin nie ma.

Więc troszkę wprawdzie rozczarowanie; ale zgodzili się, że przyjemnie, i pierwszy raz lepiej wrócić punktualnie — „i trzeba na cały już dzień z kotletami — za tydzień albo nawet jutro zaraz skorzystać z pogody. — Prawda?”

Prawda, ale nie ze mną. Jutro wykluczone. Czy za tydzień, nie wiem. „Bo, proszę was, zobowiązanie, ustalony termin, verbum295. Nie wolno lekkomyślnie obiecywać”.

Przyznali słuszność: