Jesteś, proszę cię... nie złośnik, nie awanturnik. — Jesteś porywczy — ooo. — Prawdę mówiąc, i ja... Bo ja też...
Pamiętam: zaprzyjaźniłem się w szkole porywczo (byłem wtedy taki jak ty teraz), zaprzyjaźniłem się nieoględnie z kolegą; ale potem widzę, że źle: łobuz, krętacz, jakiś leń. Chcę z nim zerwać przyjaźń, a on, smoła297, przyczepił się. — Co tu robić? — Mówię mu: tak i tak, jesteś taki i taki, odczep się. — On śmieje się, nie obraził się; tylko zaczepia, niby na żarty: to nogę podstawi, to czapkę z głowy, to potrąci. Mogłem inaczej, ale — ot — wsadził mi za kołnierz pecynę śniegu. — Pociemniało mi w oczach: co będzie, to będzie; wyrzucą ze szkoły, to wyrzucą, Sybir, to Sybir, szubienica — szubienica... I on zbaraniał, i nauczyciel. — A ja, proszę cię, pięściami w łeb, kark, w szyję. — Kto winien? — Teraz ja: i koza (paka)298, i stopień ze sprawowania, i w domu — no — rodziców wezwali.
Tak. — Borykam się do dziś. — Bo co? — Porywczy! — Ani żony, ani wnuka. — Koledzy moi: ten stanowisko, ten emerytura i domek z ogródkiem. Kto umarł, temu wdowa wianek; a ja sam jak kołek, borykam się z tą swoją wadą. Karę sobie umyśliłem, pokutę. Ile razy zrobię awanturę, trzy razy tramwajem okólnym (Zero albo Pe) — muszę objechać Warszawę. Albo pół dnia nie wolno mi papierosa palić.
Nie powiem: można wiele mądrego zrobić porywczo też — wtedy nawet zaleta. Na przykład porywczo zaciśniesz zęby — i — psiakrr... — bierzesz się do nauki. — Ale trzeba pilnować się, bo bójki, awantury; ten strzela, pije; rozeźlił się, że golizna, i nawet nie złodziej, ale nieoględnie, nieopatrznie, porywczo — w biedę. Hiii. — Jednemu karta nie idzie, on porywczo rzuca karty i nie gra; drugi porywczo podwaja stawkę. — Trzeba się, bracie, pilnować.
Raz przychodzi do mnie matka: ma trzech synów. Chłopaki jak łza, kryształ: jeden za drugiego w ogień.299 Ale co? — Guzy, czuby, czupryny, oko podbite, fiolety, krzesła, kałamarze; aż sąsiedzi — że sufit (na skargę). — A ich mama ręce załamuje i „ratuj, psychologu”. — Ustawiłem ich i badam. — A oni: „On zaczyna, mam się dać, on pierwszy”. — Pytam się: ile bójek tygodniowo? — Nie wiedzą, nie liczą.
Błąd — trzeba liczyć: na punkty. Mała bójka — jeden punkt, średnia bójka — dwa punkty, zażarta — trzy. — Ile wam potrzeba: od niedzieli do niedzieli? — Zapisywać i liczyć, liczyć. — Jeżeli masz prawo dziesięć punktów, pięć średnich bójek. — No i co? — Chcesz pobić się — już, już — ale myślisz: nie — szkoda, tydzień dopiero zaczął się, oszczędzę punkt, zostawię na czarną godzinę. Mówisz sobie: „Nie dziś, jutro go nawalę”. Masz straszną ochotę już wyrżnąć, ale — odraczasz (bo liczysz, a nie chcesz budżetu przekroczyć). Ani razu jeszcze nie biłeś się, szkoda ci obciążać hipotekę. Ano: już środa, a ty masz prawo jeszcze do pięciu bójek. — Znów — on coś pierwszy zaczął, przeszkodził, ubliżył; ręka swędzi — gdybyś nie liczył, już byś rozpoczął, bo co — masz się dać; ale myślisz: w powszedni dzień łatwiej, bo szkoła; jesteś i tak zajęty, więc — pobijemy się w niedzielę za wszystkie czasy. — Albo bijesz się już nawet — nagle przerywasz, żeby bójkę policzyć jako średnią, nie zażartą bójkę. — Albo niedziela nadchodzi, a ty myślisz: „Iii, co, po co?” — Mitygujesz się, temperujesz, hamujesz, hartujesz się. — I te niewykorzystane bójki składasz sobie jak nie przymierzając do PKO — ciułasz — rentier — na lepszą okazję. — Myślisz: „Lepiej raz dobrze pobić się niż trzy razy byle jak”. — Pobrzękujesz sobie tymi zaoszczędzonymi bójkami jak złotą monetą rozwagi i opanowania. — Aż ci ślinka, taką masz ochotę (bo porywczy) pobić się — nie — bo co ci z tego przyjdzie — bo on dostanie — jedyny zysk, że on też, ale i ty — i ty też.
Drugi sposób (bo pierwszy — to liczyć), drugi: lustro.
Zamykasz się w pokoju na klucz sam i inscenizacja, przed lustrem teatr wyobraźni. — Robisz złą minę, obrażoną i: „Odejdź, bo oberwiesz”. I przed lustrem — na niby — bójka. — I patrzysz. — Patrzysz, i rękami, pięściami w powietrzu — wiatrak nie wiatrak, wariat nie wariat — wymachujesz, wywijasz — czerwony — oczy jak salaterki, nos spocony, zęby, rzuty, skoki — jak osioł — już sił brak, ale — rad nierad — wplątałeś się i brniesz. — A po bójce? — Popatrz w lustro. — No. — Zdziwiony, durny jakiś, przegrany, obciągasz, zapinasz, poprawiasz, oglądasz — niedorzeczny, pocieszny, rozindyczony — naczupurzony. Nie darmo przysłowie mówi: gniew piękności szkodzi. — Obserwacja porównawcza: psy i koguty. Ty po bójce łeb zwieszony, a on ogon, ty guzika nie masz albo dziura w rękawie, otrzepujesz się — i kogut też — żałosny — mizerny.
Pierwszy sposób: liczyć bójki, drugi — lustro. — Trzeci sublimacja. — Nie wypada ci, nie chcesz kłócić się jak dziewczynki. Ale możesz jak chłopcy. One gęsto mówią, też czerwone, też nosy świecą się i oczy jak salaterki — i ta-ta-ta, ta-ta-ta — i — zakończenie: „Nie warto mi się kłócić, nie mam z kim, nie będę ci odpowiadała”. — A chłopak może inaczej. — Ten mówi: „Boisz się, zacznij, spróbuj, boisz się”. — A ty maska pogardy, i syczysz: „Boję się — tak — żeby ci dentysta złotych koron potem nie wstawiał”.
I jeszcze: jeżeli on pyta się (to jest podstępne pytanie), jeżeli pyta się: „Czy chcesz dostać?” — nie mów: „Chcę”. Albo on: „Ej, bo dostaniesz”, a ty: „Spróbuj”. On potem powie, że przecież chciałeś, więc spróbował.