Dlatego właśnie powieść moja nieciekawa, że bez nadzwyczajnych wypadków. Są ludzie, którzy umieją ciekawie. — Jeden był na wojnie. Nie wie nawet, jak go postrzelili. A drugi tak:
— Ja rwę naprzód, a kule — bzz, bzz — potem: pac — brrr — trrrach; więc padam, a trawa zagazowana350; więc ja maskę, a tu samolot, bomba, iperyt351: wrr — bac — bac — z prawej strony o dwa kroki, z lewej krok, trzecia bomba pod nogi (ale nie wybuchła szczęśliwie). Zrywam się — hop — dwie nieprzyjacielskie armaty za pysk, i prowadzę. I nic: tylko drasnęło.
Wierzysz, nie wierzysz, ale słuchasz.
Albo polowanie:
— Rozjuszony dzik — tup, tup — dudni — łamie gałęzie — trzask — ja za krzak — prosto na mnie — ogień z ryja — zapach siarki — a ja celnie opanowany w oko. I leży, ogonem grzebie — kopytami — trup.
Było, nie było — słuchasz. — A ja co?
Pamiętam: raz na kolonii. Też dni bezchmurne — cicho, gładko — chłopcy, w dzień złote słońce, wieczory gwiaździste. — Tu las — tu moje chłopaki, a tam marchew. — Właśnie. — Skarga, że marchew — właśnie — zjedli. Ano tak: śledztwo. — Kto? — Kto pierwszy — kto jeszcze — kto z kim, kiedy, kto ile? — Wstyd! — Zapisałem; nawymyślałem, że ochrona przyrody, bo i gałęzie też, kultura i złodziejstwo. — Skończyłem, idę do śmietnika: że za blisko kuchni, więc muchy i sanitarna komisja, więc trzeba zarazę zasypać i dalej wykopać. — Ale już w drodze do tego śmietnika widzę, że za mną chłopak osowiały, nieswój jakiś. — Więc pytam go się: „Sknociłeś?” — Uśmiechnął się blado. — Mówię: „Niewiele ma człowiek w życiu wakacji i radości — idź się bawić”. — A on za mną. — Powiadam: „Do kuchni nie wolno”. A on: „Chcę panu powiedzieć. — Nie teraz, jutro mi powiesz”. Chce zaraz. — „Nie mam czasu. — To krótkie, bo — że i ja — ja też marchew rwałem. — I zjadłeś? — Zjadłem. — Marchew? — Marchew”. (Chciałem go się zapytać, dlaczego nie przyznał się od razu, ale po co?) Więc wyjmuję z kieszeni blok śledczy, ołówek urzędowy i pytam się tonem urzędowym: „Ile?” — A on mówi: „Raz trzy marchewki... — Duże? — Średnie — ooo, takie. — Dobrze. — Drugi raz — cztery. A trzeci raz nie pamiętam ile. — Ale mniej więcej? — Mniej więcej niech będzie sześć”. Zapisałem, podsumowałem, mówię: „Jedenaście. — Pan pomylił się: trzynaście”. — Liczę: „Trzy i cztery — siedem, siedem dodać sześć — masz słuszność; trzynaście marchwi wyrwałeś i zjadłeś. — I dwa pomidory. — Też? — Też”. — Zapewne sądzicie, że koniec? — Nie. — Bo kiedy już zamknąłem bloknotes, on dodał: „I ogórek”. Westchnąłem, szepnąłem: „Hiperwitaminoza” — zapisałem ogórek. — Potem okazało się, że było więcej ogórków i pomidorów, o których gospodarz nie wiedział. — Ale co? — trzeba było zapłacić po słusznej cenie rynkowej, żeby nie krzywdzić człowieka: bo nie może swojego dobytku schować do ogniotrwałej kasy i musi ufać ludziom.
Zawsze tak: zawsze jakaś utajona marchew i tajemnica — niby już wiesz — nie — bo jeszcze i pomidor, i porzeczki, i ogórek. Niewiele ma człowiek tych wakacji — i jakoś sam sobie to niepotrzebnie psuje.
Dorośli — oni też broją i psocą. Bo różni różnie, i ten sam niby człowiek nie zawsze tak samo. — Pytam go się: „Powiedz, chłopak, co ty za jeden: czy porządny?” — A on mówi: „Sam nie wiem”. — Raz tak, raz nie: człowiek!
Albo prawda? — Nie, żeby miał kłamać, ale mija się z prawdą. — On tędy idzie sobie, a prawda tędy. I mija się z nią. Czasem nawet nie pozna prawdy w pośpiechu albo pozna, ukłoni się, owszem, uśmiechnie się przyjaźnie albo nawet przystanie i zapyta o zdrowie — ale potem znów — mijamy się, rozchodzimy, chociaż chciałoby się z nią, z prawdą razem. — Jeżeli człowiek prawdomówny i skłamie, to tylko tyle, ile już koniecznie musi i nie może inaczej, i też mu potem smutno, przykro i wstyd.