PROFESOR

Aha, więc tu? — Ale powiedzcie szczerze, czy wam nie przeszkadzam.

LEKARZ

Od dawna i bardzo oczekiwałem tej wizyty.

PROFESOR

Nie mogłem was nawet uprzedzić. Brak czasu, kochany kolego. — Mówią zresztą, że niezbyt chętnie wtajemniczacie zwiedzających w swój system.

LEKARZ

Czegóż nie mówią. — Że pacjentów uważam za geniusze99, którym należy oddać kierownictwo świata. Głupców tu wcale nie mniej niż na ludnych gościńcach. Mówią, żem100 nieuk, któremu się zdaje, że odkrył Amerykę, gdy to już dawno i wszyscy... Że pozwalam robić, co chcą; w karty grają, palą, zawierają stosunki miłosne; że ich wódką rozpajam, pocztówki pornograficzne rozdaję, rozzuchwalam, demoralizuję; że nie wierzę w lekarstwa. — Przychodzą uprzedzeni, uśmiechają się pobłażliwym uśmiechem psychiatrów, egzaminują z mojej „metody”. Syczy toto, czeka, bym się zmęczył, potknął, zamroczenie. Wtedy oni górą. — To nie system, Profesorze, nie metody i nie eksperyment. — Jedyna różnica między mną i innymi, to że nie wizytuję ich, a żyję z nimi, nie współczuję, a współodczuwam. Nie mam pogardy dla świata złudzeń; bez poniżającego poczucia wyższości zaprzeczam lub przyznaję słuszność. Bo nie temat życia duchowego, a jego uczuciowe rozwiązanie; szanuję nawet chory entuzjazm. — Potępiam tolerancję dla lekkomyślnych, ale nie godzę się z poniewierką zmylonych ideałów. Oni wierzą w mój rzetelny do nich stosunek, przeto są szczersi; lepiej znam ich rany i niełady. — A ja tylko usuwam możliwe przymusy, chcę ułatwić okres porządkowania myśli i zabliźnienia ran. — Chcę, by to była lecznica, a nie teren eksploatacji bezradnej i bezprawnej niemocy. — To sprawa nie wiedzy, a sumienia.

PROFESOR

Innymi słowy, wy robicie to, co oni wiedzą, nie — co my wiemy, że czynić należy. — Czuję się współwinnym, współodpowiedzialnym. — Tak, kolego.