Dziesięć minut wystarczy?

MORDERCA

Zgoda. — Mniej ważne procesy tygodniami się ciągną. Ale godzę się. Dziesięć minut. Proszę o zegarek. — Mój czyn. — Czasu mało, więc stylem telegraficznym. Mój czyn: strzeliłem z rewolweru do Barbary Szulc. Uprzednio nie znałem jej zupełnie. Wyszła z tramwaju i nie zamknęła drzwi: było dziesięć stopni mrozu. Powiadam: „Proszę zamknąć drzwi”. Ona: „Zamknij pan sam”. Ja: „Pani jest źle wychowana”. — Ona: „A pan cham”. — Ja ją za rękę i: „Kto cham?” Ona: „Ty — i idiota”. — Nie jestem mańkutem: lewą ręką strzeliłem; na szczęście nie trafiłem ani w nią, ani w nikogo. Co mi się za to należy? Uprzednio sądownie nie karany: jedenaście lat cichej pracy w biurze ogłoszeń. Nazywają mnie redaktorem; nie, skromny urzędnik — nic więcej. — Motywy mojej nie dokonanej zbrodni? — Oto, że sądy uganiają się za wielkimi, wyjątkowymi, mniej szkodliwymi, bo nielicznymi przestępcami, a bezkarne jest mrowie drobnych, codziennych, jątrzących wykroczeń przeciw kulturze. To trzeba tępić; nie powinno być miejsca w społeczeństwie cywilizowanym dla ludzi brutalnych: oni się panoszą, oni nadają ton całemu naszemu życiu; jest ich legion. Nie wyminie, nie ustąpi, roztrąca, pcha się, a parzy jak pokrzywa, jadem zatruje każdego, o kogo się otrze. — Taka baba ma przecież męża, dzieci, służbę, sąsiadów — taka piekielnica. — To nie był afekt, odruch, samosąd — to był czyn społeczny. Chciałem wstrząsnąć opinią. Gdybym był redaktorem, gdybym miał imię, talent, znaczenie, chwyciłbym zamiast rewolweru za pióro. Myślałem, że ta niezwykła zbrodnia wywoła dyskusję, znajdzie głośny oddźwięk, skłoni do rewizji naszych wadliwych praw, kodeksów. Nie udało się; zatuszowali skandal. Wyszło niezdarnie, głupio — krótkie wzmianki petitem w wiadomościach bieżących. Baa — więc tylko zakłócenie spokoju, więc areszt; albo zamach na życie, więc więzienie. Ale nie bezterminowe zamknięcie z wariatami. Ja ten zamiar taiłem cały rok, a mimo to urzędowałem, więc — chyba zdrów. Cały rok uważnie, czujnie, metodycznie studiowałem tramwaj: wchodzenie, wychodzenie, rozmowy, pakunki, odciski, ustępowanie miejsc, starcy, dzieci, w dzień powszedni, w niedziele.

PROFESOR

Dlaczego właśnie tramwaj?

MORDERCA

Bo każdy z nas, szarych ludzi, tu właśnie, w tłoku, szuka miejsca dla siebie — ale nie chcę być „natrętnym”. — Zwracam zegarek. — Dodam tylko: mogę się zobowiązać, że już nie będę więcej strzelał, ale za cenę życia i droższej odeń wolności nie zmusicie mnie, bym swój czyn potępił. — Barbara Klotylda Szulc jest dla mnie drogim symbolem. Każdy kulturalny obywatel winien mieć prawo zgładzić corocznie jedną taką babę bezkarnie. Wolno zabić w obronie własnej. Ja wystąpiłem w obronie ludzkości — tylko proszę, niech pan nie stuka mnie w kolano i nie każe zamykać oczów107. Już to robili — każdy — stukali — stukali, po co?

PROFESOR

Proszę: niech pan splecie ręce (kciuk lewej ręki jest na wierzchu). — Cóż, kolego?

LEKARZ