STARZEC
Aa, Janek.
Bajka
Janek, chodź, kochanie, opowiem ci bajkę. — A chcesz wiedzieć, jak się urodziła? — Ano, spotkaliśmy się. I wraz pokochali. — Nie, kłamię; urodziła się w sercu, a głowa się dziwiła. — Rosła sobie, więcej czuła, niż rozumiała. — A głowa się dziwiła. — I Bóg się nie gniewał. Bo głowa zgaduje, a serce wie lub nie wie, a zawsze na pewno, od razu. — Powiedzą ludzie, że żarty stroję, a tego nie wolno: he-he. Bóg się może obrazić i ukarać. I nie tylko brzydala, który bajdę ułożył, ale i tych, co słuchają. — Bo nieprawda: Bóg ni stary, ni słaby, a kary jego surowe. — Nic mnie to nie obchodzi, niech będzie, co chce. — Bo wiem; ty, Bóg, bajka i ja — już my się porozumiemy — nie pójdziemy do wójta136. — Prawda, Janek, że ty mój przyjaciel, nie pogardzisz słowami wariata? — I on też, ale nie mów nikomu.
Niedobrze, chłopcze, na świecie. — Pusto, choć ludzi mnogość, ciemno, choć elektryka, zimno, chociaż centralne ogrzewanie; i nie więcej czystości, choć terakota, glazura i wanny kamionkowe. A choć dużo muzyki, przykrzy się ludziom bez Boga i modlitwy, bez rzewności, co niesie jałmużna, i lęku przed grzechem. — Dobry uczynek zbiedniał bez zapłaty, zmizerniała pokusa. — Wszystko już wolno, na co pozwala kodeks karny i handlowy, i policja. — Człowiek się w grzechu tarza jak źrebak w trawie, w nieprawości pławi. — Zdziadziało dobro, a wiara sflaczała. Już nie czują wiary, jeno137 ją studiują. Sumienie nie karci, nie gromi, a gderze. Na psy zeszły kapłany138: jeden polityki się ima, drugi gryzmoli, trzeci sklepik zakłada. — Są świątynie i dzwony, a kuso139 w nich Boga. Powaśniła się z wiarą wiedza, boczą się, ojciec z synem — młokosem czupurnym. — Zaćmienie słońca wylicza astronom, kometa nie płoszy, wiedzą, co się dzieje na gwiazdach. Smoła niestraszna, gładzą nią ulice i szosy. Wrzodów nie ma, bo co tydzień zmieniają koszule. Opętanym broń dają i hydropatię. — Telefon modlitwę przerywa. — Dawniej oko Boże przenikało na wskroś człowieka, a teraz — rentgen. — Piorun wozi, świeci, dźwiga, posłuszny pokazuje obrazki i nowinki znosi. — Dawniej Opatrzność chroniła przed gradem i suszą, teraz — asekuracja140, dawniej błogosławieństwo, a teraz — żyro141 na wekslu, dawniej nakazy ojca w konaniu, a teraz rejent i testament. Już za pan brat z nieboszczykiem: zgaszą lampę, czochają się kolanami, a stolik wystuka.142 — Nie głos Bożej przestrogi, a kabalarka143. Nie medalik na piersi ważny, a szczoteczka do zębów. — Jakże szofer czapkę przed kościołem uchyli, gdy rękę trzyma na kierownicy; a lotnik ponad wieżami. — Dawniej przeżegnał się, dziś oliwi maszynę. — Ni czci, ni pokory. Ni kolano zegnie, ni głowę pochyli. — Nie namaszczony, a z wyboru i głosowania. Gęba zabiła ducha, a zamiast krzyża sterczą wszędzie anteny. Dawniej łamała się w człowieku wiara, dziś się rozłazi jak sprane płótno. — Dawniej kacerz144 uparty i groźny — dziś szuler i pokraka. Mieli widzenia, były religijne obłędy, dziś kto zwariuje, to z giełdy i chorób nieprzystojnych145. — Wznowili barbarzyńskie sporty, pogańskie tańce, lubieżne piosenki.
Nasza, kapłanów wina: kazali się więcej bać Boga niż miłować, a on niestraszny — przekonali się ludzie — pobłażliwy, dobrotliwy, uśmiechnięty, łagodny i jasny. — Czyż mało krzywdy i kary z rąk człowieka? — Tulili się w niebezpieczeństwie, a teraz nie ma zarazy, bo wymyślili ochronne szczepienia. A wiara potrzebna tylko samotnym i smutnym — mnogo146 ich na szerokim gościńcu.
Cóż, kiedy Bóg prawdziwy wyparował po trochu z myśli ludzkiej, i z czasu, i z czynu. Widzi, że niepotrzebny, więc sprzykrzył sobie ludzi, oddalił się, odsunął, zagubił. —
Prawdziwy, Janku. — Bo dziś wszystko sztuczne: nie chleb, a witaminy, nie pierś matki, a mączki fabryczne i nawozy sztuczne, i cuda w cyrku fakir147 pokazuje.
Ale ja tobie miałem bajkę...
Źle było, chłopcze. I smutek, i zbrodnia, i jakieś na coś czekanie, i niepokój, i nieradność, i słabość.