— Tak dalej być nie może — powiedział jeden — drugi. — Trzeba prawdziwego Boga odnaleźć, zbudować wspaniały przybytek, uroczyście wprowadzić i ustalić miejsce stałego pobytu. Muszą wiedzieć — trudno, czasy takie — trzeba się pogodzić z ich duchem.
Więc wstępna konferencja, więc wyłoniono komisję, więc komunikat do prasy, więc konkurs na plan świątyni z trzema nagrodami, więc sąd konkursowy, więc posiedzenie trzecie i dziesiąte, więc prezes, wiceprezes, skarbnik. Zebranie: smokingi, mundury, sutanny, ordery — posły, senatory, ministry148, prezydent policji, książęta, delegaci towarzystw, profesory, kupcy, przemysłowcy, majster, chłop, zawód wyzwolony. „Zbieranina — powiedział hrabia. — Czego się jednak nie robi dla ludzi?” — Były tarcia: tego pominięto, tych więcej, tych mniej, ten nie chce z tym, ten nie chce obok tamtego. — Concordia res parvae crescunt149. — Pogodzili się. Grunt, że się zaczęło.
Ano: zwożą cegły, cement, wapno, piasek i marmury. Ano: tyle metrów powierzchni, pięter wysokości. Kosztorys — minister finansów się skrzywił. Składniki: banki, ziemiaństwo, co nieco arystokracja i wdowie grosze. Odezwy, łańcuchy — zamiast wieńców, podatek od kart i strzałów. Wystawa projektów, polemika i kwasy. Malarze, rzeźbiarze. Dostawy. Kotłuje się, huczy, syczy. Szkoły gęsiego150 idą oglądać dziwo.
A teraz nakaz: odnaleźć i dostarczyć Boga. Szef wydziału z funduszów dyspozycyjnych wyznaczył sowitą nagrodę. — Szukają, szperają, rozpytują, myszkują. Szukaj wiatru w polu. Ani fotografii, ani rysopisu, ani daktyloskopii151, ani przynależności państwowej, ani znaków szczególnych. — Widziałeś, słyszałeś? — Gdzie zaś! — Same tylko pogłoski, poszlaki.
Fakt, że jest. Owszem: stary, siwy. — Żołnierzyk widział w ową noc; podobno był na odpuście; podobno w przytułku noclegowym; wróblom rzucał okruchy; tfu, z dziewczyną publiczną rozmawiał; podobno kat dostrzegł, gdy wieszał zbrodniarza — przywidziało się chyba, pewnie był pijany.
A znalazł Pana Boga nie policjant, nie wywiadowca, nie duchowna osoba, nawet nie odgadywacz myśli (bo i jego pytali) — znalazła w życie Marcysia w gniazdku skowronka. Niebacznie się wygadała. A potem płacze. — „Głupia, będzie Mu dobrze; mówią ludzie, że pałac z marmurów i złota — tron, kobierce, świeczniki, kadzidła, muzyka. — A może tak woli, może nie chce”. — I szlocha. — Co z głupią gadać?
Żadnych wątpliwości. Skowronek — ptak nabożny i pięknie śpiewa. Ale ten — rety! Wzbija się w niebo wysoko każdy, ale ten — niezmęczony. — Tak, owak — w ogniu krzyżowych pytań przyznał się wreszcie. Nie ukrywał się wcale — myślał, że już niepotrzebny, a gazet nie czytał. — Owszem, chętnie, jeśli ludzie tęsknią, a władze żądają.
Trzy bramy tryumfalne, flagi i jedlina, samochód, wagon salonowy, ministrowie kultów, rolnictwa i opieki społecznej, liczny zastęp duchownych, chorągwie, kwiaty, warta honorowa. — Jedzie! — Artykuły wstępne. — Nie pamiętam, ile armatnich strzałów. — Na dworcu i wzdłuż ulic — tłumy. W bramach policja, na bocznicach karetki pogotowia, na wszelki wypadek. — Otwartym powozem, zaprzężonym w cztery białe konie, żeby wszyscy widzieli. — W pierwszym szeregu dzieci, weterani. — Cechy: piwowarzy, garbarze, rzeźnicy. — Tłumy: i wytworne ulice, i ubogie przedmieścia. — Na dachach — operatorzy, a przyparta do muru stoi staruszka-Wiara, potrącana chwieje się na nogach, patrzy załzawionymi oczami, choć zasłonili, nie zobaczy. — „Doczekałam” — szepce drżącymi wargami. Obok ociemniała Sprawiedliwość. — I Nadzieja z trojgiem głupich dzieci. Najmłodsze podniosła w górę i mówi: „Patrz!” — A durny ssie łapczywie cukierek i patrzy, czy dużo zostało.
Toczy się szereg pojazdów, a za nimi ludu jak mrowia. — Imponują! I zadali bobu socjałom: oni swoje pochody dołżą do tysiąca, tu bitych pięć kilometrów owieczek.
„Jaka szlachetna postać” — mówi dyrektor teatru. „Stary już” — mówi lekarz. „Jaki cudny — zachwyca się dewotka. — Smutny jakiś”.