Zaprawdę, raz się tylko uśmiechnął, gdy mijał szpaler skautów34. — A zatrzymał powóz, gdzie pod murem stała Wiara, Sprawiedliwość, Nadzieja. Uniósł się, jakby chciał wstać, ale machnął ręką, ciężko opadł na poduszki. Ludzie nie rozumieli, czego chce, konie ruszyły, i już bez przeszkód do końca.

Porządek wzorowy. Kilka cichych aresztowań kieszonkowych złodziei, kilka w tłoku niewinnych omdleń.

Uprzednio liczne były narady, kto ma wygłosić mowę powitalną. Ten bardzo uczony, ten postawny, ten dobrze widziany, ten ma głos doniosły. — Doktór152 wszechfilozofii księgami się obłożył: zgodnie z kunsztem retorycznym zacznie od zdumienia i zachwytu, patos, potem zagrzmi, zgromi obyczaje, szeptem pokory zakończy. Trzy razy przed lustrem mowę odczytał.

Siedzi sędziwy święty Starowina — słucha czy nie słucha.

U stóp tronu przebrani za żebraków detektywi — spojrzał na nich łagodnie, zrozumiał mądry, że inaczej nie można, gdy taki zwał ludzi. Coś żuje, uśmiecha się oczami.

„Ciebie, Boże... Tobie... Z Tobą... O, Ty... Powiedz, czy rozumiemy”.

„Głupiś” — głos pogodny, wesoły.

Cisza zaległa. — Powiódł wzrokiem. Na mgnienie jakby znikł, wypełnił sobą świątynię. — Wstał. — Rękę wzniósł. Jasność oślepiająca. — I głos potężny. — Aż wygięły się kolumny, zakołysał strop, pochyliły ściany. Zamarli w przerażeniu. Architekt się potem tłomaczył153, że obliczył normalne obciążenie świątyni, jakże mógł przewidzieć? — Ale wraz cudownie się wyprostowało.

„Miłujcie się, dzieci!” — nic więcej.

Westchnęli z ulgą. Na szarym końcu u wejścia stała para młodych, studentka i porucznik.