„A widzisz?”
I odgłos pocałunku. Przymknął dostojny Starzec prawe oko i palcem im filuternie pogroził. — A wszystko ledwie mgnienie trwało.
Wyższy urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych orzekł, że powiedzenie było dwuznaczne: słabo się orientuje w stosunkach.
Ano — odeszli, zgasili światła, zajechał ciężarowy samochód i zabrali kwiaty. Zeszedł Pan Bóg z tronu, rozejrzał się raz i drugi, westchnął. Postukał marmur i już wie, ile przedsiębiorca budowlany zarobił. Chodzi, ale Mu ciężko w płaszczu z gronostajów. Zrzucił i do furty bocznej. Rozwarła się.
Wyszedł. — Zwiał, uciekł — nie ma — już nie samochodem rządowym, a zwyczajnie, na piechtę154. — Skandal. — Tyle pieniędzy, tyle zachodów, taka siła pracy — i pogardził — wiadomo: zdziwaczał.
Ale ty może nie chcesz, Jasiek?
JANEK
Owszem, tylko może tatusiowi potrzebny. — No i jak się skończyło?
STARZEC
Ano uciekł w te dyrdy. — A znów na wieś szczerą. W lesie w jagodę się zamienił i zdrzemnął. Przekąsił u osadnika155, co mu kula wraża156 przeszła centymetr nad sercem i krzyż walecznych otrzymał, ufetowali tam Boga mlekiem zsiadłym i poszedł. Żydowską bryczką przejechał, pogawędził z furmanem, polną myszką przeleciał157, rozmawiał z aptekarzem w miasteczku, widzieli go wśród górników podczas pożaru kopalni, zapłakał w rzeźni miejskiej, znów w konwalię się schronił. — Wiele razy już-już mieli go ucapić, a zawsze w ostatniej chwili palcem kiwnął, mruknął coś pod nosem — i nie ma: dech — para.