Władek wie, że czas wstać i iść do mydlarni; słyszy, że Wicuś krzyczy w gorączce, słyszy, jak mama z ojcem rozmawia — ale mu wszystko jedno. — Paskudna jest ta mydlarnia: takie brudne wszystko, tak brzydko pachnie... Olkowi lepiej w składzie papieru.
Przyszedł jakiś pan, oglądał jego i Wicusia; mama zaczęła płakać, pan się na mamę gniewał; potem ojciec wrócił, ubrali Wicusia i Władka, kołdrą owinęli i znieśli po schodach do dorożki.
— Dokąd jedziemy? — zapytał Władek.
— Do szpitala.
— Po co?
— Nie rozmawiaj, bo zimno.
I mama nasunęła mu chustkę na głowę.
Władek wszystko rozumie. Jedzie dorożką na dużym siedzeniu z Wicusiem, a mama i ojciec na małej ławeczce. Potem stoją przed domem z kratami. Potem pan w białym fartuchu kładzie mu głęboko w gardło żelazo. Władek widzi, że to nie łyżka, tylko coś innego. Teraz siedzi w wannie — myje go pani w białym fartuchu. I już są w łóżku; słyszy, jak Wicuś rzuca się i gniewa.
– Cicho tam, szczeniaku — woła jakiś chłopiec.
Bo w dużym białym pokoju stoją łóżka blisko jedno obok drugiego i w każdym łóżku ktoś leży.