„Jeżeli zechcą bić Wicka, to go obronię” — pomyślał Władek.

Ale Wicusia nikt nie bił. Ile razy budził się Władek, podnosił głowę i patrzał, co robi Wicuś. Raz widział przy nim pana w fartuchu, to znowu siostrę miłosierdzia w białym czepku z dużymi skrzydłami.

„Wicuś umrze” — pomyślał Władek.

Przyszło rano i znów wieczór. Władek czuł się już lepiej, tylko gardło go mocno bolało i pić mu się chciało. Usiadł, patrzał na brata i żal mu było, że nie chciał wtedy dać Wicusiowi flaszki od wody kolońskiej.

— Wicuś, czego krzyczysz? Co chcesz?

— Nie mów do niego, on nieprzytomny — powiedziała pani.

To dziwne, że wszyscy tu chodzą w białych fartuchach.

Zasnął Władek i ani razu się nie obudził. Aż dopiero zawołał go chłopiec, który leżał przy jego łóżku:

— Te, patrzaj50, nie ma twojego brata!

Władek się przestraszył.