— Żadne „co” — odpowiedział Szwejk. — Ja jestem ordynans 11 kompanii marszowej i przed chwilą rozmawiałem przez telefon z panem oberlejtnantem Lukaszem. A pan oberlejtnant powiada: „Laufszryt, dziesięciu chłopa do magazynu”. Jeśli pan nie pójdziesz, panie plutonowy Fuchs, to zaraz pójdę do telefonu. Pan oberlejtnant życzy sobie, żebyś pan poszedł. Zresztą szkoda gadania, bo telefoniczne rozmowy wojskowe, jak mówi pan oberlejtnant Lukasz, muszą być krótkie i jasne. Powiedziano: plutonowy Fuchs idzie, to plutonowy Fuchs idzie. Taki rozkaz to nie żadne ględzenie jak na przykład, gdy się kogo przez telefon zaprasza na obiad. W wojsku, osobliwie podczas wojny, każde spóźnienie to zbrodnia. Jeśli ten plutonowy Fuchs nie poleci natychmiast, to mi dajcie znać, a już ja z nim pogadam. Po plutonowym Fuchsie nawet śladu nie zostanie. Moi złoci, wy nie znacie pana oberlejtnanta.

Szwejk okiem triumfatora rozejrzał się po szarżach. Jego przemówienie zaskoczyło wszystkich i przygnębiło.

Plutonowy Fuchs mruknął coś niezrozumiałego i szybko się oddalał, a Szwejk wołał za nim:

— Czy mogę zatelefonować do pana oberlejtnanta, że wszystko w porządku?

— Zaraz będę z dziesięciu szeregowcami w magazynie! — zawołał w odpowiedzi Fuchs, a Szwejk, nie powiedziawszy już ani słowa, oddalał się od podoficerów zaskoczonych wystąpieniem Szwejka nie mniej od Fuchsa.

— Już się zaczyna — rzekł niski kapral Błażek. — Będziemy się pakowali.

*

Po powrocie do kancelarii Szwejk znowu nie mógł zapalić sobie fajki, bo wzywał go telefon. Znowu rozmawiał ze Szwejkiem porucznik Lukasz.

— Gdzie wy latacie, Szwejku? Dzwonię już po raz trzeci i nikt się nie odzywa.

— Załatwiałem to, co mi pan rozkazał.