Infirmeria, 4 kwietnia

Najdroższy Opiekunie-Ojczulku-Pajączku-Długonóżku!

Wczoraj wieczorem, kiedy zaczęło się już ściemniać, siedziałam na łóżku wpatrzona przez szyby okna na jednostajnie spływające po nich krople i czułam się śmiertelnie znużona życiem w tej wielkiej instytucji. Wtem weszła do pokoju pielęgniarka z pudłem zaadresowanym do mnie, pełnym najcudniejszych różowych pączków róż i, co jeszcze stokroć milsze, zawierającym bilecik z bardzo uprzejmym pozdrowieniem, napisanym zabawnym, pochyłym pismem (zdradza ono silny charakter). Dzięki Ci, Ojczulku, dzięki panu, drogi Opiekunie, tysiączne dzięki. Pańskie kwiaty są pierwszymi, jakimi obdarowano mnie w życiu. Choć się wstydzę, muszę panu napisać, jaki jest ze mnie dzieciuch. Po otworzeniu pudła i przeczytaniu liściku zaryłam się w poduszki i długo, długo płakałam z wielkiego szczęścia.

Teraz, kiedy wiem już, że pan czyta moje listy, postaram się uczynić je ciekawszymi, aby warto było chować je do tajemnej skrytki, zalakowane czerwoną pieczęcią. Tylko, proszę, niech pan wyjmie ten jeden okropny i niech go pan spali! Cierpiałabym na myśl, że mógłby pan kiedykolwiek jeszcze go odczytać.

Dziękuję panu za uszczęśliwienie chorej, znudzonej, nieszczęśliwej nowicjuszki. Jest pan zapewne otoczony liczną rodziną i przyjaciółmi i nie ma pan wcale pojęcia, co to znaczy czuć się samą na świecie. Ale ja mam pojęcie.

Do widzenia! Obiecuję panu nie być już nigdy potworna, bo wiem teraz, że pan jest prawdziwą żyjącą istotą. Przyrzekam też panu, że nie będę nigdy więcej nudziła pana pytaniami.

Czy pan wciąż jeszcze nienawidzi dziewcząt?

Pańska na wieki

Aga

*