Żałuję, że za plecami opiekunów wywalałam na nich język i stroiłam miny.
Teraz postanawiam już być dobra, łagodna i uprzejma dla każdego, dlatego że taka jestem szczęśliwa. Tego lata będę pisała, pisała i pisała bez końca, i zacznę stawać się wielką autorką. Nie można powiedzieć, abym nie miała wysokich aspiracji. Czuję, że przemieniam się stopniowo w chodzącą doskonałość! Nadwyręża się ona nieco pod wpływem chłodu i słoty, szybko się natomiast rozwija w promieniach słońca.
Jest to stałe zjawisko. Nie uznaję teorii głoszącej, jakoby siła moralna rozwijała się najbujniej na podłożu przeciwności życia, trosk i rozczarowań. Tylko szczęśliwi ludzie promieniują z siebie dobroć. Nie mam zaufania do mizantropów111. (Piękny wyraz! Niedawno go poznałam). Pan nie jest chyba mizantropem, Ojczulku? Zaczęłam pisać panu o naszej osadzie. Chciałabym, żeby pan zawitał do nas chociaż na krótko i pozwolił oprowadzić się po niej.
— To biblioteka. A to gazownia. Tamta gotycka budowla na lewo to hala gimnastyczna, a romańska tuż obok niej to nowa infirmeria.
O, umiem doskonale oprowadzać gości. Robiłam to przez całe życie w Ochronie i robiłam to samo przez cały dzień tutaj. Naprawdę.
A w dodatku oprowadzałam... mężczyznę! Daję słowo!
Nadzwyczajny wypadek. Nigdy dotychczas nie rozmawiałam z mężczyzną, z wyjątkiem, rozumie się, naszych opiekunów w Domu Wychowawczym i paru profesorów w kolegium — ale ci się przecież nie liczą. Przepraszam pana, Ojczulku, nie miałam wcale zamiaru obrażać pana, wyrażając się w ten sposób o opiekunach. Nie może mi się zupełnie pomieścić w głowie, aby pan miał być naprawdę jednym z nich. Na pewno dostał się pan do zarządu przypadkiem. Opiekun musi być gruby, uroczysty i łaskawy. Gładzi wychowanków po głowie i nosi gruby, złoty łańcuch od zegarka.
Otóż wracając do mojego oprowadzania po kolegium, chodziłam, rozmawiałam i piłam herbatę z mężczyzną. I w dodatku z nie byle jakim mężczyzną — z panem Jervisem Pendletonem z rodziny Julii, mówiąc krótko (właściwie długo, bo jest taki długi jak pan), z jej wujem. Będąc w naszym miasteczku w jakiejś sprawie, wybrał się do kolegium, aby odwiedzić siostrzenicę. Jest najmłodszym bratem jej ojca, mimo to Julia wcale nie zna go zbyt blisko. Podobno rzucił na nią okiem, kiedy była mała, i zdecydował, że mu się nie podoba; od tego czasu nie zwracał na nią nigdy uwagi.
Bądź co bądź jednak przyjechał i został wprowadzony do saloniku, gdzie usiadł na fotelu, umieściwszy tradycyjnie kapelusz i rękawiczki obok na dywanie. Trzeba było przypadku, że tego dnia Julia i Sallie miały siedem godzin wykładów, z których nie mogły w żaden sposób zwiać. Julia wpadła więc do mojego pokoju, abym oprowadziła za nią wuja po naszej osadzie, a potem oddała go w jej ręce po ukończeniu siódmej godziny. Zgodziłam się, nie mogąc odmówić koleżance; bez wielkiego entuzjazmu jednak, bo nie lubię Pendletonów.
Okazało się jednak, że ten Pendleton to niewinne jagniątko. Jest normalnym, zwyczajnym człowiekiem, a nie Pendletonem. Świetnie spędziliśmy czas; odtąd tęsknię za posiadaniem wuja. Czy miałby pan coś przeciwko wzięciu na siebie roli mojego wuja? Zdaje mi się, że wuj jest czymś jeszcze lepszym niż babka.