Drogi Opiekunie-Pająku — Ojczulku!

Dziękuję panu za pozwolenie odwiedzenia Julii — uważam milczenie za znak zgody.

Boże, co za kołowrót towarzyski! W zeszłym tygodniu Bal Fundatorek — po raz pierwszy w tym roku wolno nam już było, jako słuchaczkom wyższego roku, brać w nim udział.

Zaprosiłam Jimmiego McBride’a, a Sallie — jego kolegę i współtowarzysza pokoju z Princeton, tego, który był u nich na letnisku w tym roku; bardzo miły chłopak z rudymi włosami. Julia wysłała list z zaproszeniem do jakiegoś pana z Nowego Jorku, nieszczególnie zajmującego, ale towarzysko nieskazitelnego. Ff!... Skoligacony227 jest z samymi De la Mater Chichesterami. Może panu to coś mówi? Mnie nic a nic.

Ale mniejsza o to. Nasi goście przyjechali w piątek po południu, w sam czas na herbatę u seniorek, a potem pospieszyli do hotelu na obiad. Hotel był tak przepełniony, że spali rzędami na stołach bilardowych — tak przynajmniej mówią. Jimmie McBride twierdzi, że następnym razem, jak otrzyma zaproszenie na bal w naszym kolegium, przywiezie z sobą namiot i rozstawi go na polu.

O wpół do ósmej powrócili na przyjęcie u przewodniczącej i na bal. Nasze zabawy zaczynają się wcześnie! Miałyśmy karty panów przygotowane naprzód i po każdym tańcu ustawiałyśmy ich grupami pod pierwszymi literami ich nazwisk, ażeby partnerki w następnym tańcu mogły ich łatwo odszukać. Tak na przykład Jimmie McBride wyczekiwał cierpliwie w grupie M, dopóki nie zostanie wezwany. Miał przynajmniej wyczekiwać cierpliwie, ale ustawicznie kręcił się i mieszał z R-ami, S-ami i rozmaitymi innymi literami. Przekonałam się w ogóle, że bardzo kłopotliwy z niego gość; był nadąsany, bo tylko trzy razy tańczył ze mną. Utrzymywał, że nie śmie tańczyć z pannami, których nie zna!

Nazajutrz urządziłyśmy humorystyczny koncert klubowy. Jak panu się wydaje, czyjego autorstwa jest zabawna nowa piosenka, specjalnie ułożona na tę okazję? Naprawdę, jej. Jej samej. Nie kłamię. O, powiadam panu, Ojczulku, że pańska mała znajdka jest na dobrej drodze do stania się wybitną osobistością!

Nasze dwa wesołe dni były stanowczo bardzo udane i wydaje mi się, że i mężczyźni doskonale się bawili. Niektórych z nich bardzo peszyła z początku myśl, że znajdą się wobec tysiąca dziewcząt; jednak bardzo prędko oswoili się z tym. Nasi obaj panowie z Princeton świetnie spędzili czas, jak przynajmniej zapewniali uprzejmie, zapraszając nas zarazem na swój własny bal, który ma się odbyć na wiosnę. Przyjęłyśmy zaproszenie, proszę więc, niech pan się nie sprzeciwia, Ojczulku.

Julia, Sallie i ja miałyśmy nowe suknie. Każda inną. Chce pan, żebym je opisała? Suknia Julii była kremowa, atłasowa, haftowana złotem; do tego purpurowe storczyki. Powiadam panu, marzenie — nie suknia. Sprowadzona wprost z Paryża. Musiała kosztować jakiś milion dolarów.

Sallie miała suknię bladoniebieską z perskimi haftami, doskonale dopasowaną do jej rudych włosów. Kosztowała może mniej niż milion, ale była niemniej świetna niż Julii.