Prawie pięćset milionów lat biegnie światło z szybkością dziesięciu bilionów kilometrów rocznie. Widzieliście takie Galaktyki z konstelacji Pegaza…

— To niemożliwe! Nie podobna sobie wyobrazić podobnych przestrzeni. Nieskończone, niezmierzone głębiny.

Bielski z lekka uderzył palcami.

— My astronomowie, z większą pewnością orientujemy się w przestrzeni, chociaż wielu rzeczy jeszcze nie rozumiemy. Ale, oto proszę spojrzeć… Nasz teleskop skierowany jest na mgławicę Andromedy. Niedaleko znajduje się konstelacja Trójkąta — tutaj z lewej strony i niżej ku horyzontowi. Można w niej dostrzec ładną i dobrze widzialną mgławicę „M. 33” — jest to najbliższa Galaktyka. Jeśli zaś odwrócimy teleskop dokładnie w odwrotną stronę, w kierunku Wielkiej Niedźwiedzicy i ku Gończym Psom, to ujrzymy dwie bardzo słabe i dalekie Galaktyki, które dokładnie odpowiadają położeniu Galaktyk Andromedy i „M. 33“.

Jeszcze bardzo długo pokazywał Bielski profesorowi gwiaździste niebo. Wreszcie Szatrow gorąco podziękował swemu Wergiliuszowi po niebieskich przestworzach, wrócił do swego pokoju, położył się do łóżka, ale długo nie mógł zasnąć.

Przed zamkniętymi oczami roiły się tysiące gwiazd. Płynęły olbrzymie obłoki skupisk gwiezdnych, czarne zasłony zimnej materii, gigantyczne płaty świecącego gazu.

I wszystko to znajduje się na przestrzeni bilionów i trylionów kilometrów, rozsiane w przeraźliwej pustce, rozdzielone przestrzeniami, których nie można sobie wyobrazić, w najzupełniejszym mroku, poprzez który pędzą tylko strumienie śmiercionośnych promieniowań.

Gwiazdy, ogromne zwały materii, stłoczone siłą przyciągania, rozwijające pod wpływem nadzwyczajnego ciśnienia wysoką temperaturę. Na skutek wysokiej temperatury zaczynają działać łańcuchowe reakcje atomowe które powiększają wydzielanie energii. Ażeby gwiazdy te mogły istnieć, nie wybuchać i znajdować się w równowadze, energia ta powinna być wyrzucona w przestrzeń w kolosalnych ilościach w postaci ciepła, światła i promieni kosmicznych…[4] I dookoła tych gwiazd, jak gdyby dookoła stacyj centralnych pracujących na energii atomowej, obiegają ogrzewane przez nie planety.

I w przeraźliwych głębinach przestrzeni mkną, wraz z miliardami pojedynczych gwiazd i ciemną ostygniętą materią, te systemy planetarne stanowiąc ogromny, podobny do koła system — Galaktykę. Czasem gwiazdy zbliżają się i znów rozchodzą na miliardy lat, niby okręty Galaktyki. A w jeszcze większej przestrzeni, poszczególne Galaktyki podobne są do jeszcze większych okrętów, przyświecające sobie wzajemnie w niezmierzonym oceanie mroku i chłodu, który trudno sobie wyobrazić.

Uczucie podobne do przerażenia opanowało Szatrowa, kiedy wyraźnie i jasno wyobraził sobie wszechświat z jego beznadziejnym śmiertelnym chłodem próżni, z rzadko rozrzuconymi w niej, niemniej śmiercionośnymi masami materii rozżarzonej do niemożliwych, dla naszej wyobraźni, temperatur. Wyobraźmy sobie odległości niedostępne dla jakichkolwiek sił, niesłychaną powolność odbywających się procesów, w których pyłki podobne do Ziemi mają zupełnie znikome znaczenie.