Dawydow zmrużył oczy i milcząc spojrzał na uśmiechającego się starszego pomocnika.

— Pragnę pożegnać się z Hawajami. — Dobre miejsce, przyjemne miejsce… Czy prędko odjeżdżamy?

— Kapitana nie ma — załatwia formalności na wybrzeżu. Poza tym wszystko już gotowe. Jak kapitan wróci, natychmiast ruszymy. Prosto do domu!

Profesor kiwnął głową i zaczął po kieszeniach szukać papierosów. Rozkoszował się odpoczynkiem, dniami przymusowej bezczynności, które są tak rzadkie w życiu prawdziwego uczonego. Dawydow wracał z San Francisko, dokąd jeździł w charakterze delegata na zjazd geologów i paleontologów — badaczy przeszłości naszej Ziemi.

Uczony pragnął odbyć drogę powrotną na radzieckim okręcie, i „Witim” nadarzył się w odpowiedniej chwili. Jeszcze przyjemniejszy był dla uczonego postój na wyspach Hawajskich, gdzie Dawydow zapoznał się z przyrodą tego kraju okrążonego ze wszystkich stron ogromnymi przestrzeniami Oceanu Spokojnego. I obecnie, rozglądając się dookoła, odczuwał wielką radość na myśl, że wraca do ojczyzny. Dużo ciekawych pomysłów powstało w jego umyśle, domagając się natarczywie ujawnienia — sprawdzenia, porównań, dalszego rozwoju. Ale tego nie można było uczynić tutaj, w kabinie okrętowej nie było pod ręką potrzebnych notatek, książek, zbiorów…

Dawydow pocierał palcami skronie, co było u niego oznaką niezadowolenia.

Na prawo od wystającego zakrętu betonowej bariery rozpoczynała się niespodziewanie szeroka aleja palmowa; gęste, pierzaste korony palm połyskiwały jasnym brązem, zasłaniając ładne białe domy z kolorowymi kwietnikami. Dalej, tam gdzie brzeg głęboko wcinał się w zatokę i zieleń młodych drzew — kołysała się lekko na wodzie błękitna łódka w czarne pasy. Młodzieńcy i dziewczęta w łódce podstawiali pod promienie porannego słońca swoje opalone zgrabne ciała, głośno śmiejąc się przed kąpielą.

W przezroczystym powietrzu oczy profesora, który był dalekowidzem, odróżniały wszystkie szczegóły bliskiego brzegu. Dawydow zwrócił uwagę na okrągły klomb, pośrodku którego wznosiła się dziwna roślina. U dołu, jak gęsta szczotka, sterczały srebrne, podobne do noży liście. Ponad liśćmi, prawie na wysokości wzrostu człowieka, wznosiła się w formie wrzeciona kiść czerwonych kwiatów.

— Czy nie wiecie, co to za roślina? — zapytał starszego pomocnika zainteresowany profesor.

— Nie wiem — wesoło odpowiedział młody marynarz. — Widziałem ją, owszem, słyszałem, że jest uważana za bardzo rzadki okaz… A proszę mi powiedzieć, Ilja Andrejewiczu, czy to prawda, że w młodości byliście marynarzem?