Niezadowolony ze zmiany tematu, profesor nachmurzył się.

— Owszem, byłem. Ale jakie to ma dzisiaj znaczenie? — burknął. — Lepiej byście…

Gdzieś za budynkami, z lewej strony zawyła syrena i dźwięk ten głośno rozległ się nad cichą wodą.

Starszy pomocnik od razu zaczął się przysłuchiwać. Dawydow rozglądał się ze zdziwieniem.

Wszędzie, nad miastem i zatoką, otwartą szeroko ku błękitnej dali oceanu, panował spokój poranka. Profesor skierował spojrzenie na łódkę z kąpiącymi się.

Śniada dziewczyna, widocznie tuziemka, wyprostowała się, stojąc na dziobie łódki, uprzejmie powitała rosyjskich marynarzy wysoko podniesioną ręką i skoczyła do wody. Czerwone kwiaty jej kąpielowego stroju przełamały szklistą powierzchnię wody i zniknęły w głębinie. Lekka motorówka szybko popłynęła do portu. Po chwili na przystani ukazało się auto, z którego wyskoczył kapitan „Witima” i pędem pobiegł na okręt; natychmiast podniosły się szeregiem chorągiewki i zadrżały na maszcie sygnałowym. Kapitan bez tchu wskoczył na mostek, ścierając z twarzy pot rękawem śnieżnobiałego munduru…

— Co się stało? — zawołał starszy pomocnik. — Nie rozpoznaję sygnału.

— Alarm — wrzasnął kapitan. — Alarm! — i chwycił rączkę aparatu telegraficznego. — Czy maszyna gotowa?

Kapitan pochylił się nad tubą i wydając rozkazy rzucił szereg oderwanych zdań:

— Wszystkich na górę! Zamknąć okienka! Oczyścić pokład! Podnieść liny!