Dawydow spojrzał przed siebie i ujrzał rząd olbrzymich fal, które z szaloną szybkością niosły się ku ziemi. A za nimi, jak główne siły za przednimi oddziałami, ścierając błękitny blask dalekiego morza, ciężko pędził szary, płaski grzbiet gigantycznego bałwanu.
— Załoga, ukryć się na dole! — rozkazał kapitan, gwałtownie ujmując rączkę telegrafu.
Przednie fale zbliżając się do brzegu rosły i piętrzyły się.
„Witim” raptownie poruszył dziobem, wzniósł się do góry i dał nura wprost pod grzebień następnej fali. Miękkie, ciężkie uderzenie odbiło się o poręcze mostka, których mocno trzymał się Dawydow. Pokład znalazł się cały pod wodą, otok błyszczących kropelek morskich kurzawą podniósł się nad mostkiem. Po sekundzie „Witim” wynurzył się, a dziób jego znów wzniósł się do góry. Potężne maszyny drgały gdzieś daleko na dole, rozpaczliwie przezwyciężając i sprzeciwiając się naporowi fal, które zatrzymywały okręt goniąc go do brzegu, jakby pragnęły go rozbić o twardą pierś ziemi.
Ani jedna plama piany nie bieliła się na zboczu olbrzymiego bałwanu, który podnosił się z wściekłym rykiem i stawał coraz bardziej stromy. Matowy blask ściany wodnej, która nadchodziła nieprzenikliwa i masywna, przypomniał Dawydowowi stromość bazaltowych skał nad brzegiem morza.
Ciężka jak bazalt fala podnosiła się wciąż wyżej i wyżej, zasłaniając niebo i słońce, jej zaostrzający się wierzchołek wypłynął ponad przedni maszt „Witima“. Złowrogi mrok zgęszczał się u stóp wodnej góry, w czarnej głębokiej jamie, dokąd ześlizgiwał się okręt, pochylając się jak gdyby z pokorą, aby przyjąć śmiertelny cios.
Ludzie na mostku mimo woli opuścili głowy w obliczu żywiołu, który mógł w każdej chwili spaść na nich. Okręt kurczowo szarpnął się, brutalnie wstrzymany w swoim pędzie naprzód do oceanu. Sześć tysięcy koni parowych, które obracały pod pokładem śruby — zastało pokonanych przez przewyższającą je wielokrotnie siłę.
Pierwsze uderzenie przycisnęło ludzi do poręczy i natychmiast woda z rykiem opadła na mostek skądś z góry, ogłuszając i oślepiając wszystkich. Chwytając się ostatnimi siłami poręczy, na wpół żywy profesor odczuł całym ciałem, jak zgrzytnął kadłub okrętu, jak pochylił się na lewy, potem na prawy bok, wreszcie wyprostował się, wstając z głębiny, która go pochłonęła. Powoli — powoli okręt podnosił się do góry i nagle szybko uniósł się z szarego kłębowiska ku kolorowemu beztroskiemu niebu.
Oszałamiający ryk ustał nagle z przeraźliwą raptownością. Z grzebienia olbrzymiej fali szeroko rozpostarło się morze i okręt płynnie pomknął w dół na grzbiecie oddalającego się ku brzegowi bałwanu. Nowe zastępy fal szły już na spotkanie od morza, ale w porównaniu ze zwyciężonym potworem nie wydawały się już straszne. Kapitan głośno odsapnął i kichnął z zadowoleniem. Dawydow, przemoczony do nitki, przetarłszy oczy, ujrzał z prawej strony szybko zanurzający się w wodę angielski okręt i, jak gdyby coś sobie przypomniał, pomknął na koniec mostka, choć mokre ubranie krępowało mu swobodę ruchów. Stamtąd widać było doskonale niedawno pozostawione miasto i przystań. Z przerażeniem spoglądał uczony, jak gigantyczny bałwan wyrósł u samego brzegu, jak ściana ruchomej wody zasłoniła zieleń ogrodów i białe domki miasta oraz proste, wyraźne zarysy przystani…
— Drugi! Drugi! — głośno wrzasnął starszy pomocnik tuż nad uchem Dawydowa.